Strony

piątek, 31 lipca 2015

Z serii "coś na zimę": Najlepsze ogórki kanapkowe

Nie było łatwo, oj nie było. Ale w końcu mam to, czego chciałam i czego oczekiwałam, czyli najlepsze ogórki kanapkowe. Najlepsze oczywiście dla mnie, bo o smakach, podobnie jak o gustach trudno dyskutować. Jednak osoby, które pokochały moją sałatkę szwedzką, pewnie polubią i te ogórki.
Do proporcji w przepisie dochodziłam sama. I choć pierwszy przepis dostałam od bratowej, to kombinowałam z proporcjami przypraw, octu i cukru, wyrzuciłam curry zastępując je kurkumą, aby dojść do tego właściwego smaku. Dopiero czwarte podejście zakończyło się pełnym sukcesem i właśnie tym przepisem chcę się z Wami dziś podzielić. Ogórki są chrupkie, słodko - kwaśne, po prostu pyszne.
Ja robiłam moje ogórki w słoikach o pojemności 400 ml, ale można wybrać inne, tylko jeśli użyjemy dużych ogórków, to słoiki muszą być na tyle wysokie, aby plastry weszły nam na sztorc.
Moje ogórki były średniej wielkości – ani za duże, ani za małe – idealne na ogórki kanapkowe. Ilość zalewy podana w przepisie idealnie wystarcza na zalanie 6 słoików z ciasno ułożonymi ogórkami.
Krojenie ogórków w plastry może wydawać się trudne, ale można wspomóc się np. krajalnicą do pieczywa czy wędlin (jeśli się takową posiada), tylko trzeba uważać na palce. Ja posłużyłam się nożem do pomidorów – takim z ząbkami, poszło szybko i sprawnie.  



Składniki na 6 słoików po 400 ml:

1,5 kg ogórków średniej wielkości (lepsze są te z ciemnozieloną skórką)
2 szklanki* wody (500 ml)
1 i ¾ szklanki* octu spirytusowego 10 %
1 i ¾ szklanki* cukru
1 łyżka ziaren gorczycy
1 łyżka ziaren czarnego pieprzu
10 ziaren ziela angielskiego
1 płaska łyżka kurkumy
1 płaska łyżka soli (około 15 g)

*Używam szklanki o pojemności 250 ml



Słoiki i pokrywki umyć, wyparzyć (ja to robię w piekarniku nagrzanym do 125 stopni przez 15 minut). Ogórki umyć, pokroić wzdłuż w cienkie plastry. Ułożyć ciasno w słoikach. Wodę z cukrem i przyprawami zagotować. Dolać ocet i gotować pod przykryciem przez 5 minut. Przecedzić i gorącym płynem zalać ogórki. Zakręcić słoiki, wstawić do garnka wyłożonego ściereczką. Wlać tyle gorącej wody, aby sięgała do 2/3 wysokości słoików.  Przykryć pokrywką. Zagotować. Od chwili wrzenia gotować około 5 -7 minut, w zależności od wielkości słoika. Ogórki zmienią kolor z ciemno zielonego na jasno zielony. Wyciągnąć na ściereczkę, przykryć ręcznikiem i zostawić do powolnego wystygnięcia (słoików nie trzeba odwracać do góry dnem) – ja ściągam ręcznik ze słoików dopiero po całkowitym ich wystygnięciu.
Tak przygotowane ogórki można jeść po mniej więcej tygodniu, choć im więcej damy im czasu na przegryzienie, tym będą smaczniejsze, więc jeśli język nam ucieka można skosztować, a resztę ukryć w ciemnej spiżarce i dobrać się do nich po miesiącu. 



wtorek, 28 lipca 2015

Roladki schabowe z lutenicą, pastą z bobu i suszonymi pomidorami

Schab lubię kupować w sklepie, w którym mają maszynę „do dziurkowania” - tzn. nakłuwania mięsa w taki sposób, że staje się płaskim kotletem, a przy tym jest bardzo kruche. Z takiego mięsa i kotlety i rolady wychodzą wyśmienite.
Tym razem zmieniłam nadzienie do roladek, żeby nie było nudno. No i z tej chęci zabicia nudy powstały naprawę niezłe zawijańce w pysznym, delikatnie cebulowym sosie. 


Składniki na 4 porcje:

4 duże kotlety ze schabu środkowego (około 700 g razem)
4 łyżki lutenici (ja użyłam zeszłorocznej domowej, ale można użyć kupionej w sklepie)
4 kawałki suszonych pomidorów
200 g ugotowanego i obranego bobu (waga przed gotowaniem)
2 łyżki sezamu
2 duże cebule
sól, pieprz
słodka czerwona mielona papryka
mielony kardamon
1 łyżka oleju
250 -300 ml dowolnego bulionu (u mnie domowy warzywny) albo wody
1 łyżka klarowanego masła/smalcu bądź inny tłuszcz do smażenia
2 łyżki śmietany do sosów i zup (użyłam słodkiej śmietanki 18%)


Bób ugotować do miękkości, obrać ze skórek. Sezam uprażyć na złoto na suchej patelni. Do blendera wrzucić obrany bób, wlać łyżkę oleju, 2 – 3 łyżki wody, dodać uprażony sezam, szczyptę soli, szczyptę pieprzu i ½ łyżeczki mielonego kardamonu. Zmiksować na gładką pastę – jeśli jest za gęsta można dodać jeszcze łyżkę wody.
Schab rozbić (ja już miałam ten problem z głowy). Każdy płat mięsa oprószyć solą i pieprzem, posmarować lutenicą, włożyć po łyżce pasty z bobu, a na to suszone pomidory. Zwinąć roladki. Można spiąć szpilkami do zrazów albo zawinąć nitką – ja tego nie robię, po prostu ciasno zwijam, dociskam i wstawiam na godzinę do lodówki, wtedy nic się nie rozpada, ani nie rozwija.
W głębokim rondlu rozgrzać tłuszcz do smażenia (u mnie masło klarowane), włożyć roladki, posypać słodką czerwoną papryką i na mocnym ogniu obsmażyć na złoto z wszystkich stron.
Cebulę pokroić w półplasterki. Dodać do podsmażonych roladek, lekko posolić, popieprzyć i podsmażyć ją do mocnego zrumienienia (żeby sobie ułatwić pracę, można roladki na chwilę przełożyć na talerz i po zrumienieniu cebuli włożyć ponownie do rondla). Wlać 250 -300 ml bulionu i dusić na małym ogniu około 60 minut, co jakiś czas uzupełniając płyn.
Gdy rolady będą miękkie, wyciągnąć je na talerz, do sosu wlać 2 łyżki śmietany i całość zmiksować na gładki sos – nie trzeba już zaciągać mąką, bo cebula i śmietana zagęszczą sos wystarczająco. Spróbować i ewentualnie doprawić  jeszcze wg uznania i własnego smaku. Jeśli jednak zależy nam na większej ilości sosu, to do duszenia trzeba wlać więcej bulionu albo wody, dać 4 cebule i ewentualnie lekko zaciągnąć mąką jeśli sos wyda się zbyt rzadki.
Podawać z ulubionymi dodatkami – u nas tym razem młode ziemniaki i mizeria na słodko – kwaśno. 






sobota, 18 lipca 2015

Warsztaty Akademii Smaku Bosch - „Chlebem i solą”

Od kilku miesięcy Pani Ania reprezentująca firmę Bosch zapraszała mnie na warsztaty, a ja ciągle odmawiałam, bo różne zawodowe obowiązki nie pozwalały na wyprawę do Warszawy w dzień roboczy. Obiecałam jednak, że jeśli tylko będę mogła dotrzeć, to dam znać, a że słowo u mnie droższe od pieniędzy, to wiedząc, że w piątek będę jechała do Warszawy zadzwoniłam i powiedziałam, że tym razem się uda. I tym sposobem mogłam odwiedzić Centrum Domowych Inspiracji i wziąć udział w warsztatach Akademii Smaku Bosch prowadzonych przez Tomka Morawieckiego, który od wielu lat zajmuje się tematem zdrowej żywności i wypiekaniem chleba. Okazał się bardzo sympatycznym, otwartym człowiekiem, który chętnie dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem. Z całą pewnością nie był przypadkową osobą na tych warsztatach, wiedział co robi i co mówi. Był do poprowadzenia warsztatów dobrze przygotowany i rzeczywiście można było wyczuć, że pieczenie chleba to jego pasja.

Tomek we własnej osobie:

Na poprzednich warsztatach w Akademii Smaku Bosch, w których miałam okazję uczestniczyć było bardzo dużo osób, za dużo. Trochę obawiałam się podobnej sytuacji, ale na szczęście uczestników było dużo mniej, a tym samym znacznie lepiej się pracowało, więcej można było się dowiedzieć od samego prowadzącego, a i atmosfera bardziej sprzyjała integracji.
Co prawda wypiekanie chleba nie jest mi obce, ale wymiana doświadczeń i wspólne pieczenie sprawiło, że było to dobrze wykorzystany czas. Miałam też okazję poznać kilku blogerów, których dotychczas znałam tylko z sieci. 



Podczas warsztatów Tomek opowiadał o produkcji i prowadzeniu zakwasów: żytniego i ryżowego bezglutenowego, a każdy, kto chciał mógł zabrać ze sobą słoik z zakwasem na chleb. Ja mam swojego Stefana i nie chciałam, aby poczuł się zagrożony, więc drugiego zakwasu nie przywoziłam.
Podczas warsztatów przygotowaliśmy 4 rodzaje pieczywa i były to:

bułki orkiszowe z ziarnami na drożdżach





ryżowy chleb bezglutenowy na zakwasie ryżowym





socca z mąki z ciecierzycy




chleb żytni z orzechami i figami na zakwasie żytnim




No, ale sam chleb to jeszcze mało, więc powstały dwa rodzaje smarowideł: pasta z fasoli z czosnkiem i majerankiem oraz masło kokosowe z miodem i świeżym tymiankiem (od siebie zaproponowałam do masła kokosowego prażony sezam, co okazało się przysłowiowym strzałem w 10 -tkę i zyskało aprobatę degustujących)




Chleb żytni z orzechami i figami smakował mi bardzo i z wielką przyjemnością upiekę go w domu... jak tylko odnajdę kartę z przepisem, bo schowałam tak, żeby nie zginęła i oczywiście znaleźć nie mogę :-)
Fajna też okazała się socca. Po raz pierwszy spotkałam się z tym rodzajem pieczywa, które nie ma ani zakwasu, ani drożdży i bardziej przypomina naleśnik niż chleb. Jednak z fajnym smarowidłem smakuje wybornie. I co ciekawe, za każdym razem może smakować inaczej, bo wystarczy zmienić dodatki i już osiągamy zupełnie inny efekt smakowy. 


Dziękuję Akademii Smaku Bosch za możliwość uczestniczenia w tych warsztatach, bo rzeczywiście były interesujące i inspirujące. 
Poza tym miałam okazję poznać nowy piekarnik Serii 8 i podgrzewaną szufladę, która cudownie się sprawdza przy wyrastaniu chleba... no cóż, zakochałam się i być może przy remoncie kuchni rozważę zamianę mojej dotychczas ulubionej marki na sprzęt Boscha, bo to rzeczywiście klasa sama w sobie.  Piękno i funkcjonalność.

czwartek, 16 lipca 2015

Pilaw z morelami, marchewką i cukinią

Pilaw to nic innego jak wschodnia potrawa z ryżu albo bulguru, warzyw, mięsa albo ryb doprawiona przyprawami korzennymi. Samo słowo "pilaw" wywodzi się z języka perskiego, a danie ma swoją długą historię. Początkowo był to po prostu ryż gotowany z mięsem, jarzynami czy bakaliami, ale przepis ewoluował wraz z gustami, upodobaniami kulinarnymi i dostępnością składników na określonych terenach. W Turcji wykształciła się odmiana pilawu, której bazą jest nie ryż, a kasza bulgur wytwarzana z pszenicy durum.
Ja dziś proponuję pilaw z morelami, ale bez mięsa. Danie to przygotowywaliśmy na warsztatach z Davidem Gaboriaud i ten pilaw zaczarował mnie na tyle, że od razu zrobiłam go w domu i z pewnością na stałe wejdzie do mojego menu. Podczas warsztatów pilaw był dodatkiem do koft jagnięcych podanych z jogurtowym sosem, ale przyznam szczerze, że sam pilaw mi wystarcza.
W przepisie nie wprowadzałam prawie żadnych zmian, dorzuciłam od siebie tylko trochę kolendry i szczyptę cynamonu. Danie wyszło bardzo aromatyczne, kolorowe i sycące. 



Składniki na 4 porcje jako dodatek do mięsa albo 2 – 3 porcje obiadowe:

200 g opłukanego ryżu basmati (ten gatunek ryżu jest najlepszy do tej potrawy)
400 - 450 ml bulionu albo wody – dałam domowy bulion warzywny
1 duża cebula
1 duża marchewka
1 mała zielona cukinia
2 małe ząbki czosnku
½ łyżeczki mielonego kardamonu
½ łyżeczki mielonej kolendry
½ łyżeczki mielonego kminu rzymskiego (cuminu)
1 łyżeczka kurkumy
szczypta cynamonu
sól, pieprz
8 moreli suszonych (najlepiej ciemnych, suszonych naturalnie, niesiarkowanych)
1 czubata łyżka masła klarowanego albo 2 -3 łyżki oleju, ale masło daje lepszy smak

opcjonalnie: uprażone na suchej patelni płatki migdałowe


Morele pokroić w paseczki i zalać gorącą wodą, aby zmiękły. Ryż opłukać pod bieżącą zimną woda. Cebulę i czosnek obrać i pokroić w drobną kostkę. Marchewkę obrać i zetrzeć na tarce jarzynowej o dużych oczkach. Cukinię oczyścić (ja usuwam część z nasionami) i pokroić na nieduże kawałki – w kostkę albo paseczki.
W garnku z grubym dnem rozgrzać ½ łyżki klarowanego masła, wrzucić cebulę i czosnek, całość zeszklić, dodać odcedzone morele i smażyć przez 2 minuty. Wsypać kardamon, kolendrę, kmin i kurkumę i podsmażyć przez około 30 sekund, aby wydobyć z przypraw aromat. Wsypać ryż i smażyć 2 – 3 minuty, aż ziarenka ryżu oblepią się masłem i przyprawami. Wlać bulion albo wodę (w przypadku, gdy użyjemy wody należy wsypać ¼ łyżeczki soli), przykryć i gotować aż ryż wchłonie płyn i będzie miękki – trwa to około 15 - 20 minut - ja dodałam 400 ml bulionu, bo nie lubię, gdy ryż jest rozgotowany, wolę wersję al dente. Nie mieszać w czasie gotowania.
W tak zwanym międzyczasie na patelni rozgrzać resztę masła, wrzucić startą marchewkę i pokrojoną cukinię i podsmażyć, aż warzywa zrobią się miękkie i lekko złociste.
Gdy ryż będzie gotowy, dodać do niego podsmażoną marchewkę i cukinię, doprawić niewielką ilością świeżo mielonego pieprzu i wymieszać widelcem.
Podawać jako dodatek do mięsa albo samodzielne danie. Można posypać uprażonymi płatkami migdałowymi. 


środa, 15 lipca 2015

Finał konkursu Taste the Summer by Almette Fruit

W sobotę 11 lipca 2015 r w Food Lab Studio spotkało się 10 blogerek kulinarnych razem ze swoimi wspaniałymi drużynami, których członkowie zostali wyłonieni w I etapie konkursu, który odbywał się na blogach.
Ja swojego zespołu w zasadzie nie znałam. Agnieszka to była jedyna osoba, z którą miałam wcześniej kontakt telefoniczny, ale nigdy się nie widziałyśmy. Druga Agnieszka, Klaudia i Ola były dla mnie zagadką, nie wiedziałam jak gotują, co potrafią. Przysłały mi wspaniałe propozycje swoich dań i na tej podstawia dokonałam wyboru. 

Od lewej: Agnieszka, Lili (córka Agnieszki), Agnieszka, ja, Klaudia i Ola

/fot. Paweł Wala/

W zasadzie od pierwszego wejrzenia wiedziałyśmy, że stworzymy fajną drużynę. Moja babska drużyna do zadania podeszła na luzie, bez presji. Wybrałam takie dwa dania z czterech nagrodzonych w I etapie, które pozwoliły nam spokojnie zmieścić się w wyznaczonym czasie. 

Oj, czegoś nam tu brakuje... idziemy szukać reszty składników:


Na przygotowanie dwóch dań (po trzy porcje) mieliśmy 90 minut. I dużo i mało, szczególnie, gdy walczy się o dostęp do piekarnika i sprzętu typu blender czy mikser (zdecydowanie było ich za mało) i gdy okazuje się, że brakuje podstawowego produktu do przygotowania głównego dania.
Jednym z naszych dań były sakiewki, do których potrzebowałyśmy trzech piersi z kurczaka, a dostałyśmy tylko jedną i to jeszcze nie nadającą się do użytku. Na szczęście Asia odpowiedzialna za zakupy szybko się zorganizowała, pojechała i kupiła dla nas mięso. To jednak spowodowało, że miałyśmy małą obsuwę... No, ale przecież ten czas też można było jakoś wykorzystać, więc Agnieszka i Ola zabrały się za przygotowanie nadzienia do sakiewek, podczas gdy Klaudia i druga Agnieszka szykowały deser, piekły ciasto francuskie, marynowały truskawki i kręciły krem. 


Cała moja cudowna ekipa i przeszkadzajka w osobie Davida :-)

/fot. Paweł Wala/

Ja zajęłam się bardziej przyziemnymi sprawami, jak pilnowanie piekarnika, poszukiwanie blendera, przycinanie foli, robienie marchewek itp. Gdy dotarło mięso okazało się, że nie ma go czym rozbić, więc Agnieszka, niczym pomysłowy Dobromir wykorzystała wałek i rękojeść noża. Sakiewki zostały szybko nadziane i powędrowały do piekarnika. 

Lili, Agnieszka i Klaudia nudzą się.. ciastka upieczone, a krem to pikuś :-)


Ola... ale o co chodzi?


Chwila przerwy :-) 


W trakcie przygotowań pojawiała się przy naszym stole przeszkadzajka w postaci przeuroczego francuskiego kucharza Davida, który prowadził całą imprezę. Pytał, doradzał, dyskutował, przyszedł z pomocą Oli i wyczarował dla niej obieraczkę, która kilka minut wcześniej okazała się nie do zdobycia.
Ciasto francuskie było przygotowane, krem się chłodził, sakiewki się piekły, marchewki glazurowały, a my miałyśmy chwilę czasu, aby na luzie pogadać. I wiedziałyśmy, że mamy dużo czasu do wydania dania i że damy radę. 

Przygotowania naszych dań:







W międzyczasie przygotowałyśmy dekoracje talerzy, a kilkanaście minut przed końcem dziewczyny złożyły deser, na talerze powędrowały upieczone sakiewki i marchewki. Pełen luz i doskonały humor, bo wszystkie bawiłyśmy się przy tym znakomicie mając nadzieje, że to, co przygotowałyśmy będzie jadalne i nikogo nie otrujemy. 

W oczekiwaniu na prezentację dania pogaduchy: dwie Agnieszki, Słodka Babeczka i Lili



Szanowne jury :-)


Trzyosobowa komisja, w której byli sami panowie miała trudny orzech do zgryzienia, bo pojawiło się przed nimi 20 wspaniałych dań. Co jedno to lepsze. Mnie zaczarował deser przygotowany przez zespół Asi – Słodkiej Babeczki, był jedyny w swoim rodzaju i przepyszny. Innych dań niestety nie miałam okazji skosztować.
 A oto i nasze dania:

Sakiewka z kurczaka nadziewana żurawiną, wędzonym boczkiem, serkiem Almette Wiśnia z Żurawiną, przyprawiona ziołami dalmatyńskimi, chili, zapieczona z sosem sojowo - miodowym, podana z glazurowanymi marchewkami posypanymi prażonym sezamem.



 
Deser Francuska Fantazja z kemem z bitej śmietany, serka Almette  z truskawkami marynowanymi w sosie balsamicznym.

/fot. Paweł Wala/

Gdy przyszedł czas na werdykt, to moja grupa w najlepsze sobie gadała i jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że to właśnie my wygrałyśmy. Ja podobno miałam oczy jak pięciozłotówki, pełne niedowierzania... bo tak prawdę mówiąc zupełnie się nie spodziewałam, że może nam się udać, choć uważam, że miałyśmy przepyszne i piękne dania... Ale wszystkie dania poddane ocenie były piękne i apetyczne, więc nadziei wielkich nie miałam.
Dosyć długo nie docierało do mnie, że to naprawdę się wydarzyło... aż się popłakałam ze wzruszenia i radości. A Ola mi na koniec powiedziała, że ona czuła, że to my wygramy.



Nagrodą dla wygranego zespołu były zestawy noży Fiskars i warsztaty z samym Davidem, a dla mnie ten ogromny czek.  Przygotowaliśmy wspólnie obiad i dostaliśmy świetną lekcję gotowania. David chętnie dzielił się wiedzą, pomysłami, podpowiadał, radził i chyba dobrze się z nami bawił. W warsztatach towarzyszyła nam córka Agnieszki – Lili, która była szczęśliwa, że może wreszcie dorwać się do garnków (podczas konkursu nie mogła bidulka nic zrobić, bo to wbrew zasadom – stała tylko i się przyglądała poczynaniom naszej drużyny). 








Podczas warsztatów przygotowaliśmy dwa dania: 

przystawkę, na którą składała się smażona pierś z kaczki, pure ziemniaczane i sos wiśniowy z rozmarynem i porto:


danie główne, w skład którego weszły kofty jagnięce, pilaw z morelami i delikatny sos jogurtowy:


Wszystko wyszło pyszne, ale mnie najbardziej urzekł pilaw, który już zdążyłam przygotować w domu i niebawem podzielę się przepisem.

Wspólne warsztaty sprawiły, że już nie miałyśmy za wiele czasu, aby jeszcze gdzieś pójść i pogadać, bo czekała nas jeszcze droga powrotna do domu... Klaudię nawet bardzo daleka.
Ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda nam się z dziewczynami spotkać, bo czuję spory niedosyt... wszystko działo się tak szybko, w zamieszaniu i gwarze.

A teraz chciałabym podziękować mojej zgranej drużynie. Dziewczyny, jesteście wspaniałe – każda z osobna i jako zespół. Fantastycznie ze sobą współpracowałyście, nie trzeba było Wam mówić, co i kiedy trzeba zrobić, po prostu to czułyście. Jestem z Was dumna i cieszę się ogromnie, że to właśnie nam się tym razem udało, że to nasze potrawy okazały się tymi na medal. Brawa dla Was, bo ja bez Was bym tego nie zrobiła. W grupie siła.


Było naprawdę wyjątkowo jeśli chodzi o towarzystwo i emocje, choć organizacja całego wydarzenia pozostawiała wiele do życzenia (chaos, za mało sprzętu, mało miejsca). Jednak utwierdziłam się w przekonaniu, że tak jak lubię gotować, tak nie lubię rywalizować... ale już ochłonęłam i oczywiście ogromnie się cieszę z wygranej.

Większość zdjęć jest zrobiona przeze mnie albo pochodzi z mojego aparatu. Kilka zdjęć dzięki uprzejmości Słodkiej Babeczki - robił je jej mąż Paweł.  Serdecznie dziękuję.