Strony

sobota, 31 października 2015

Szybka i prosta zupa z czerwonej soczewicy z orientalną nutą

Bardzo lubię zupy z soczewicy, gotuję je dosyć często i w sumie nie wiem, dlaczego jeszcze żadnej nie ma na blogu, bo goszczą w mojej kuchni od dobrych 10 lat.
Soczewica to jedno z ciekawszych warzyw strączkowych, u nas ciągle jeszcze niedoceniane. Ma wiele zastosowań, można z niej przygotować zupy, kotlety, nadzienia do pierogów, krokietów. Jest ogromną skarbnicą dobrych składników. Przede wszystkim jest doskonałym źródłem dobrze przyswajalnego białka, potasu i kwasu foliowego. Zawiera też wapń, żelazo, cynk, witaminy: C, B6, A i K. Warto po nią sięgać i wzbogacać nią swoją codzienną dietę.
Dziś zapraszam na zupę z czerwonej soczewicy, moją ulubioną, bo ze wschodnią nutą. Jest rozgrzewająca, sycąca, pełna warzyw i przy tym pachnie kuminem, kolendrą i imbirem. Można ją jednak przyprawić jak naszą klasyczną pomidorówkę i też wychodzi pyszna.  Ja część zupy wlewam do słoików i pasteryzuję (nie jestem w stanie zjeść 4 porcji, a jednej nie opłaca mi się gotować), a po ostygnięciu wstawiam do lodówki i w razie „w” mam gotowy obiad albo ciepłą kolację. Zielonooki za zupami nie przepada, więc jem je głównie ja i gdy go w tygodniu nie ma, to zupy są dla mnie idealnym wyborem.


Składniki na 4 porcje:

2 średnie (ok. 150 g) marchewki
1 (ok. 100 g) pietruszka
kawałek (ok. 80 g) selera
1 mała (70 g) cebula
½ szklanki (100 g) czerwonej soczewicy (u mnie soczewica fimry Sante)
1 litr bulionu - u mnie domowy bulion warzywny
400 ml passaty (gęstego przecieru pomidorowego)
1 łyżka świeżego masła albo 2 łyżki oleju
1 łyżeczka cukru
½ łyżeczki soli
½ łyżeczki czarnego świeżo mielonego pieprzu
¼ łyżeczki mielonego chili
½ łyżeczki mielonego cuminu (kminu rzymskiego)
½ łyżeczki mielonej kolendry
¼ łyżeczki mielonego imbiru


Warzywa obrać. Marchew, pietruszkę i seler zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Cebulę pokroić w drobną kostkę. W garnku roztopić 1 łyżkę masła, wrzucić cebulę i delikatnie ją zeszklić (nie rumienić), dodać tarte warzywa, smażyć razem 2 minuty. Wlać zimny bulion, przykryć i zagotować. Wsypać soczewicę, gotować około 15 minut. Wlać przecier pomidorowy, dodać przyprawy, zagotować. Skosztować i ewentualnie doprawić jeszcze do własnego smaku. Dla mnie te proporcje są idealne, ale czasem przecier jest kwaśniejszy i trzeba dodać np. trochę więcej cukru. 



wtorek, 20 października 2015

Recenzja patelni z linii Taurus Ambition z powłoką Teflon™ Platinum Plus

W domu śmieją się ze mnie, że jestem królową patelni. I niekoniecznie chodzi o to, że to, co gotuję jest godne królewskiego stołu (aczkolwiek nikt nie narzeka), ale o to, że mam tyle patelni, że mogłabym utworzyć z nich małą świtę królewską. Nie pytajcie, gdzie mi się te patelnie mieszczą w mojej małej kuchni, ale się mieszczą. Nie jest żadną tajemnicą, że zdecydowanie chętniej korzystam z patelni niż garnków i dlatego lubię te głębokie patelnie, które mogę potraktować jak rondle i przygotować w nich cały posiłek. 


Jakiś czas temu trafiła w moje ręce kolejna patelnia – tym razem to solidna, duża ( średnica 28 cm), głęboka patelnia z linii Taurus z powłoką Teflon™ Platinum Plus. Patelnia jest wykonana z odlewanego aluminium, czyli z jednego z trwalszych i bardzo odpornych na odkształcenia materiałów. Jest dosyć ciężka, ale to dla mnie akurat bardziej zaleta niż wada. Pierwsza rzecz, na którą zwróciłam uwagę to sposób mocowania rączki. Nie ukrywam, że to dosyć istotna sprawa, aby użytkowanie patelni było bezpieczne. Rączka wykonana ze stali nierdzewnej (nie nagrzewa się podczas używania na kuchence) jest przymocowana śrubą, co daje poczucie stabilności i pewność, że posiłek nie wyląduje na podłodze. 


Patelnia ma też drugą, pomocniczą rączkę wykonaną z odlewanego aluminium. I to mi się bardzo podoba, bo niesamowicie ułatwia przenoszenie patelni, gdy ta jest pełna. Jednak trzeba zachować ostrożność, bo rączka pomocnicza nagrzewa się tak samo jak patelnia, ale wystarczy zwykła kuchenna rękawica, aby ręce były bezpieczne, choć przyznam, że w pewnej chwili miałam odruch chwycenia za tę rączkę gołą ręką.
Dzięki temu, że rączki są wykonane z takich materiałów jak stal i aluminium, patelnia może być używana w piekarniku (do 240 stopni), co czasem się przydaje – np. przy przygotowaniu frittaty czy zapieczeniu podgotowanego wcześniej dania.
Patelnia pokryta jest powłoką Teflon™ Platinum Plus, najbardziej wytrzymałą powłoką firmy Chemours, która sprawia, że dania nie przywierają i zgodnie z sugestią producenta można używać metalowych łopatek bez ryzyka uszkodzenia powierzchni. Przyznam, że ja się nie odważyłam, bo w kuchni używam raczej drewnianych kopystek do mieszania. I to się sprawdza.
Patelnia ma dosyć grube dno, ale mimo to w miarę szybko się nagrzewa, ale też dosyć szybko stygnie. Właściwie po zjedzeniu obiadu jest już na tyle chłodna, że spokojnie mogę ją umyć.

Powłoka Teflon™ Platinum Plus, którą pokryta jest patelnia pozwala ograniczyć ilość tłuszczu potrzebną do smażenia – idealnie sprawdziła się przy racuchach z jabłkami, które ładnie się usmażyły z użyciem niewielkiej ilości tłuszczu. 



Omlet wymagał właściwie tylko posmarowania patelni tłuszczem i nie miałam najmniejszego problemu z jego odwróceniem. W przypadku potrawki z indyka z marchewką i groszkiem, którą przygotowałam na patelni użyłam łyżki klarowanego masła i mięso pięknie mi się usmażyło. 


 


W tym dosyć krótkim czasie usmażyłam też klasyczne mielone i to, co mnie miło zaskoczyło, to fakt, że kotlety smażone na najmniejszym palniku idealnie równo się zrumieniły, nie trzeba było ich przekładać na patelni, pewnie to zasługa grubego, dobrze przewodzącego ciepło dna. 




Na patelni przygotowałam również schab w sosie pieczarkowym, na który przepis pojawi się lada dzień. Bardzo niewielka ilość tłuszczu (1 płaska łyżka klarowanego masła) pozwoliła na ładne obsmażenie mięsa oraz przyrumienienie cebuli i pieczarek. 





Powłoka Teflon™ Platinum Plus sprawia, że patelnia jest gładka, co ułatwia mycie i wycieranie patelni. Nie miałam żadnego problemu z umyciem patelni po jajecznicy – to zawsze dla mnie taki test, bo po czym jak po czym, ale po jajecznicy patelni zmywać nie lubię.


Jeszcze kilka słów o samej powłoce Teflon™ , bowiem faktów i mitów na temat tej powłoki jest sporo. Ja nie ukrywam, że w pewnym momencie sama z powłoki Teflon™ zrezygnowałam na rzecz patelni pokrytych innymi materiałami. I ta patelnia jest w zasadzie pierwszą od dosyć dawna, która mnie do siebie przekonała. Może dlatego, że została jeszcze bardziej dopracowana i jest znacznie oporniejsza na zarysowania niż wcześniejsza najmocniejsza powłoka Teflon™ Platinum. 


A więc czym jest Teflon™ ? Ni mniej, ni więcej to nazwa unikatowego tworzywa wynalezionego przez naukowców z amerykańskiej firmy DuPont – obecnie właścicielem marki Teflon™ jest firma Chemours. Charakterystyczny wygląd i wyjątkowość tej powłoki wynika z unikalnej budowy molekularnej, w której atomy tego tworzywa (polimeru) w stanie stałym tworzą niezwykle zwartą strukturę, która nie wchodzi w reakcje z innymi substancjami. A to sprawia, że Teflon jest obojętny chemicznie, więc nie reaguje z żywnością, a w przypadku pęknięcia nie reaguje z ludzkim organizmem. Jest więc bezpieczną powłoką do naczyń kuchennych. Ale wybór jak zawsze należy do nas samych.

Patelnie z serii Ambition Taurus z powłoką Teflon™ Platinum Plus są przystosowane do użytkowania na wszystkich rodzajach kuchenek, również na kuchence indukcyjnej. Ja mam kuchenkę gazową i przyznam, że jestem bardzo ciekawa jak będzie w dalszym użytkowaniu wyglądało mycie zewnętrznych części patelni – gaz jednak nie jest przyjacielem naczyń. Na razie nie stanowi to żadnego problemu, myje się lekko, łatwo i przyjemnie.

Czy ta patelnia ma jakieś wady? Jedną, którą jest brak pokrywki w zestawie. Oczywiście taki problem, to nie problem, szczególnie gdy ma się kilkanaście innych patelni, a kilka z nich posiada pokrywki. W zasadzie w większości domów są pokrywki, które można do patelni dopasować. Choć jeśli ktoś kupuje pierwsze patelnie do swojej kuchni, to dobrze pomyśleć o pokrywkach, bo z doświadczenia wiem, że pokrywka do patelni – szczególnie głębokiej bardzo się przydaje.

Patelnia do kupienia w sklepie DAJAR
Dostępne rozmiary to 22 cm (79 zł), 24 cm (89 zł), 28 cm (109 zł)

sobota, 17 października 2015

Tort czekoladowo – cytrynowy

Wczoraj moi rodzice mieli 50 rocznicę ślubu. Zastanawiałam się jaki tort z tej okazji przygotować. Kombinowałam jak koń pod górę, bo zupełnie nie miałam na niego pomysłu. Z masą cukrową nie poszaleję, bo moja rodzina takich tortów po prostu nie lubi. Twierdzą, że są do oglądania, bo do konsumowania już niekoniecznie. Tak dumałam, dumałam i wydumałam. Odszukałam ślubne zdjęcie rodziców i zamówiłam opłatek na tort (z pomocą przyszło mi Allegro, bo w moim mieście nie znalazłam nikogo świadczącego takie usługi).
Potem dumałam nad kremem, bo już mi się te czekoladowe, truskawkowe i karmelowe znudziły i chciałam, aby to było coś innego. Wykombinowałam więc krem cytrynowy, który okazał się strzałem w przysłowiową dziesiątkę i wszystkim bardzo smakował.
Tort jest bardzo prosty do zrobienia, ale dobrze jest zaopatrzyć się w naturalny ekstrakt cytrynowy, bo jest bardzo skoncentrowany, intensywny i nie rozrzedzi kremu tak jak sok wyciśnięty bezpośrednio z owoców. Nie polecam zamieniać go na sztuczny olejek cytrynowy, bo to już nie będzie to samo.
Nie mam niestety zdjęć z przygotowania tortu, bo nie planowałam wstawiania go na blog. Jednak po prośbach na FB, abym podała przepis na krem cytrynowy postanowiłam wrzucić przepis na stronę. Dobrze, że wzięłam do domu kawałek tortu, bo nie miałabym czego sfotografować, aby pokazać środek tortu.



Składniki na tort o średnicy 25 cm:

Biszkopt czekoladowy:
5 dużych jajek (używam jaj o wadze ok 75 g)
2/3 szklanki * cukru
1/3 szklanki mąki pszennej tortowej
1/3 szklanki skrobi (mąki) ziemniaczanej
1/3 szklanki ciemnego dobrego kakao (im ciemniejsze tym lepiej)
30 g gorzkiej czekolady
2 łyżki soku z cytryny

Krem:
500 g sera mascarpone
800 ml śmietanki kremówki 30 – 36 %
4 czubate łyżki cukru pudru
2 łyżeczki ekstraktu cytrynowego
skórka otarta z dwóch dużych, niewoskowanych cytryn
1 czubata łyżeczka żelatyny + 2 łyżki wrzącej wody

Poncz:
½ szklanki wody
1 łyżeczka cukru
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżki wódki cytrynówki (można dać inny alkohol albo zupełnie go pominąć)

Dodatkowo:
4 łyżki ulubionego dżemu – u mnie galaretka jeżynowa
opłatek z nadrukiem
wiórki waflowe do obsypania brzegów (można wykończyć tort inaczej – wg upodobań)

*używam szklanki o pojemności 250 ml. 


Obie mąki przesiać z kakao. Czekoladę bardzo drobno posiekać. Żółtka oddzielić od białek. Białka ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę, dodając partiami cukier (nie wszystko od razu). Do żółtek dodać sok z cytryny, szybko wymieszać i dodać do białek, ubić razem. Do masy dodać obie mąki przesiane z kakao i delikatnie wymieszać szpatułką. Wsypać posiekaną czekoladę i jeszcze raz delikatnie wymieszać.
Dno tortownicy o średnicy 25 cm wyłożyć papierem do pieczenia albo posmarować masłem i posypać mąką. Ciasto przelać do tortownicy. Wstawić do nagrzanego piekarnika.
Piec około 40 - 45 minut, 160 - 180 stopni (u mnie 160 stopni w termoobiegu), sprawdzić patyczkiem czy biszkopt jest suchy. Upieczony wyciągnąć z piekarnika, zdjąć obręcz tortownicy i przełożyć na deskę do góry dnem. Po 5 minutach przełożyć na kratkę i zostawić do całkowitego wystygnięcia. Biszkopt najlepiej upiec dzień wcześniej.
Gotowy, ostudzony biszkopt przeciąć na 3 równe blaty (ja to robię z pomocą nitki – więcej można przeczytać w poście o biszkoptach).

Przygotować poncz. W gorącej wodzie rozpuścić cukier, a gdy ostygnie wlać sok z cytryny i alkohol.
Przygotować krem. Cytryny sparzyć wrzątkiem, wytrzeć i zetrzeć skórkę na tarce o drobnych oczkach – uważać, aby nie ścierać albedo (białej części skórki). Żelatynę rozpuścić w gorącej wodzie, dokładnie rozmieszać. Zostawić do lekkiego przestygnięcia, ale nie może całkiem wystygnąć, musi być lekko ciepła. Do misy miksera włożyć ser mascarpone, wlać śmietanę i ubić razem na sztywny krem. Pod koniec ubijania wsypać cukier puder i wlać ekstrakt cytrynowy. Gdy krem jest ubity wsypać tartą skórkę cytrynową i ostrożnie wlać jeszcze ciepłą rozpuszczoną żelatynę. Dokładnie wymieszać. Część kremu (3 – 4 łyżki) przełożyć do rękawa cukierniczego albo szprycy, a resztę podzielić na 3 części, dwie mniejsze i jedną większą.

Pierwszy blat biszkoptu ułożyć na paterze, nasączyć ponczem, posmarować dżemem i wyłożyć jedną cześć kremu. Przykryć drugim krążkiem biszkoptu, który również nasączyć i posmarować drugą częścią kremu. Ułożyć trzeci blat biszkoptu, nasączyć ponczem i cały tort posmarować trzecią (tą większą) częścią kremu. Wyrównać górę i boki. Boki tortu obsypać wiórkami waflowymi. Schłodzić lodówce przynajmniej przez 6 godzin (u mnie stał w lodówce około 15 godzin, bo robiłam wieczorem). Na górze tortu ułożyć przygotowany opłatek (ja to zrobiłam 4 godziny przed podaniem tortu) i odłożonym kremem z pomocą rękawa cukierniczego ozdobić brzegi opłatka. 





środa, 14 października 2015

Placki/kotlety z kaszy gryczanej z sosem porowo – pieczarkowym

Pomysł na to danie to zasługa Agnieszki, która przygotowała je na finał konkursu, który wygrała i otrzymała tytuł blogera Lubelszczyzny. Maczałam w tym swoje palce, bo byłam głównym konsultantem Agi w kwestii menu... no, ale skoro wrobiłam ją w ten konkurs, to wspierałam ze wszystkich sił.
Aga na finale przygotowała zupę z dyni z mojego przepisu i fantastyczne placuszki z kaszy, które ja przeniosłam do mojej kuchni. Co prawda nie pamiętałam dokładnie, co ona tam dodawała, więc postanowiłam ją podpytać, ale zabiegana była i nie odbierała telefonu, a mnie się spieszyło. Więc pogrzebałam w pamięci i wykombinowałam pyszny obiad po swojemu. Pamiętałam, że Agnieszka miała problem z kaszą, bo skubana kaprysiła (kasza, nie Agnieszka) i nie chciała się lepić, więc ja postanowiłam część ugotowanej kaszy zmiksować i to się okazało doskonałym pomysłem, placuszki idealnie się zlepiły bez dodatku jajek.
Agnieszka swoje placki robiła z prażonej kaszy i dodała do nich wędzony boczek, ja swoje zrobiłam z kaszy białej nieprażonej, a boczek zastąpiłam wędzoną polędwicą, bo za boczkiem nie przepadam. Placuszki można przygotować bez dodatku mięsa, a dorzucić np. drobno pokrojoną cukinię czy paprykę.
Całości dopełnił sos porowo – pieczarkowy i surówka z buraczków



Składniki na 4 porcje (na 12 placuszków):

Placki:
1 szklanka (200 g) kaszy gryczanej białej (niepalonej) – ja użyłam kaszy firmy Sante
2 szklanki wody
½ łyżeczki soli
1 łyżeczka świeżego masła
150 g surowego wędzonego boczku albo polędwicy (ja użyłam polędwicy)
4 łyżki posiekanej natki pietruszki
½ łyżeczki pieprzu
¼ łyżeczki chili
1 łyżka ulubionych ziół (u mnie dalmatyńskie)
masło klarowane albo olej do smażenia

Sos:
1 duży por – biała część (około 300 g)
500 g drobnych pieczarek
125 ml domowego bulionu warzywnego albo wody
125 ml śmietanki kremówki
sól, pieprz
estragon – najlepiej świeży, ale suszony też się sprawdzi
1 łyżka klarowanego masła


Wodę zagotować z 1 łyżeczką świeżego masła i ½ łyżeczki soli. Kaszę wsypać na sito i opłukać pod bieżącą zimną wodą. Wsypać do wrzącej wody, gotować pod przykryciem na wolnym ogniu do chwili, aż kasza wchłonie cały płyn. Albo zrobić to metodą babciną (ja właśnie tak robię), gotować 5 minut, następnie zestawić z ognia, zawinąć w ręcznik frote i wstawić pod kołdrę albo gruby koc – można kaszę przygotować rano, po kilku godzinach w sypialni będzie idealna. Kaszę zostawić do przestygnięcia (nie musi być zupełnie zimna).
Mniej więcej połowę kaszy zmiksować blenderem (ja nie przekładałam kaszy, zrobiłam to w garnku), dodać pokrojoną w kostkę polędwicę albo boczek, posiekaną natkę pietruszki, pieprz, chili, zioła i dokładnie wymieszać. Uformować 12 placuszków i odstawić je na 10 – 15 minut do lodówki.
Przygotować sos. Por pokroić w ćwierć talarki, a pieczarki oczyścić, przekroić na pół, a jeśli są większe to na ćwiartki. Na patelni rozgrzać masło, wrzucić pokrojony por i delikatnie zeszklić, dodać pokrojone pieczarki, szczyptę soli i smażyć na dosyć mocnym ogniu do całkowitego odparowania wody i lekkiego zrumienienia pieczarek. Wlać ½ szklanki bulionu albo wody i dusić pod przykryciem 5 – 6 minut, dodać śmietankę, doprawić sos solą, pieprzem i estragonem, doprowadzić do wrzenia i gotowe.
Na patelni rozgrzać masło albo olej, włożyć przygotowane placuszki i usmażyć na złoto z obu stron. Podawać z przygotowanym sosem i dowolną surówką – u nas surówka z buraczków z jabłkiem i cebulą.



niedziela, 11 października 2015

Potrawka z indyka z marchewką i groszkiem

Podobno w prostocie siła. No i tego się trzymam w mojej kuchni. I choć uwielbiam dania kuchni indyjskiej ze sporą ilością różnych przypraw, to czasem sól, pieprz, słodka i ostra papryka w zupełności wystarczają, aby przygotować naprawdę smaczne danie.
Tak jest z tą potrawką, mięso jest delikatne i nie potrzebuje wielu przypraw.
Nie jest to zbyt fotogeniczne ani pięknie prezentujące się danie, ale jest bardzo smaczne i mimo mało atrakcyjnego wyglądu bardzo polecam. 


Składniki na 4 porcje:

700 g mięsa z indyka – u mnie filet, ale może być udziec bez kości
1 duża cebula (200 g)
2 – 3 marchewki (200 g)
1 mała puszka groszku (212 ml) albo ½ szklanki groszku mrożonego
1 łyżka masła klarowanego albo 2 łyżki oleju
1 czubata łyżeczka mazeiny albo skrobi (mąki) ziemniaczanej
300 – 400 ml bulionu warzywnego/drobiowego albo wody
sól, pieprz
słodka czerwona papryka
ostra czerwona papryka
100 ml słodkiej śmietanki 18 % albo gęstego jogurtu naturalnego 



Mięso pokroić w dużą kostkę, wsypać 1 płaską łyżeczkę soli, ½ łyżeczki czarnego mielonego pieprzu, 1 łyżeczkę słodkiej czerwonej papryki, ¼ łyżeczki ostrej papryki. Wymieszać i odstawić do lodówki na 2 – 3 godziny (może stać w lodówce nawet całą noc). Cebulę i marchew obrać, cebule pokroić w ćwierć talarki, a marchewkę w półplasterki.
W rondlu albo głębokiej patelni rozgrzać łyżkę masła klarowanego (albo 2 łyżki oleju), wrzucić przyprawione mięso i na mocnym ogniu podsmażyć do lekkiego zrumienienia. Dodać pokrojoną cebulę i marchew, smażyć 3 minuty, aż cebula się zrumieni. Wlać bulion, przestawić na mały palnik, przykryć i na minimalnym ogniu dusić około 30 minut, dodać groszek konserwowy (jeśli użyjemy groszku mrożonego, to trzeba go dodać mniej więcej po 20 minutach duszenia mięsa).
Mazeinę (albo skrobię ziemniaczaną) rozrobić w niewielkiej ilości zimnej wody, wlać do sosu i chwilę pogotować, dodać jogurt albo śmietanę (można ją zahartować odrobiną gorącego sosu), doprowadzić do wrzenia. Skosztować i ewentualnie doprawić do własnego smaku. Jeśli mięso zostało podlane doprawionym bulionem (ja użyłam domowego warzywnego), to w zasadzie sos nie wymaga już żadnych przypraw, natomiast w przypadku wody trzeba dodać nieco soli i pieprzu.
Dla wzbogacenia smaku można dodać ½ łyżeczki miodu.
Można podać z ziemniakami, kaszą, ryżem i dowolną surówką - u nas surówka z kiszonej kapusty i ziemniaki z koperkiem.




środa, 7 października 2015

Barszcz z białą fasolą podany z tłuczonymi ziemniakami

Barszcze wszelakie mogę jeść na okrągło. Lubię buraki pod każdą postacią, a zupy buraczkowe uwielbiam. Tym razem w planach miałam barszcz ukraiński, ale jakoś nie było mi po drodze, żeby się spotkać z wędzonymi żeberkami i białą kapustą. No i efekcie ugotowałam barszcz z białą fasolą, która mi zalegała w szafce i podałam go z tłuczonymi pyrkami. Korzystam z tego, że pan Burak ma w okresie jesiennym parowane buraki, nie muszę ich gotować i mogę sobie kupić wtedy, gdy mam ochotę.


Składniki na 4 porcje:

 2 średnie (160 g) marchewki
1 średnia (100 g) pietruszka
½ dużego (150 g) selera
1 mała (50 g) cebula
3 – 4 (400 g) buraczki – ja wybrałam te podłużne
1 puszka (420 ml) białej fasoli – u mnie fasola cannellini
1 łyżka masła albo oleju
1 liść laurowy
2 ziarna ziela angielskiego
10 ziaren czarnego pieprzu
1, 2 l bulionu warzywnego (użyłam domowego) albo wody
sól, pieprz, cukier i ocet albo sok z cytryny do smaku

Do podania:
ziemniaki tłuczone z podsmażoną cebulą 


Buraki upiec albo ugotować (ja kupiłam gotowe parowane). Warzywa obrać. Cebulę pokroić w drobną kostkę, a marchewkę, pietruszkę, seler i buraczki w cienkie słupki (tzw. julienne). W garnku rozgrzać masło albo olej, wrzucić cebulę i delikatnie ją zeszklić, dodać pokrojoną marchewkę, seler i pietruszkę, dodać liść laurowy, ziele angielskie, ziarna pieprzu. Smażyć 2 – 3 minuty, aż warzywa stracą jędrność. Zalać bulionem albo wodą (do wody dodać 1 łyżeczkę soli). Doprowadzić do wrzenia i od tego momentu gotować około 20 minut. Fasolę odcedzić, przepłukać pod zimną bieżącą wodą i dodać do garnka z zupą. Gotować jeszcze 5 minut, a następnie wrzucić buraczki, wlać 2 łyżki octu (ja używam spirytusowego, ale może być winny czy jabłkowy) albo soku z cytryny, wsypać łyżkę cukru i ½ łyżeczki czarnego, świeżo mielonego pieprzu. Gotować kolejne 5 minut. Skosztować i doprawić do własnego smaku octem i cukrem. Jeśli trzeba to dosolić. Pod koniec można wsypać trochę majeranku albo zaciągnąć śmietaną czy jogurtem – wg uznania.

Podawać z ziemniakami tłuczonymi z podsmażoną cebulą (ziemniaki ugotować i ubić na puree z niewielką ilością ciepłego mleka, cebulę obrać, pokroić w kostkę i podsmażyć do rumienienia na maśle, smalcu czy oleju i dodać ją do ziemniaków i wymieszać). Do ziemniaków można dodać też podsmażony boczek czy wędzonkę, ja wolę z samą cebulką. 



sobota, 3 października 2015

Makaron z indykiem i warzywami

Proste, szybkie i smaczne danie. Nie ma co się nad nim rozwodzić, bo jakie jest każdy widzi, a gdy zrobi i spróbuje, to przekona się, że doskonale smakuje. Kilka warzyw znalezionych w lodówce, kawałek piersi z indyka, słoik domowej passaty, makaron, trochę ziół i obiad gotowy. 


Składniki na 4 porcje:
500 g mięsa z indyka (u mnie filet)
200 g marchewki (3 długie i cienkie)
300 g cukinii (1 nieduża)
300 g papryki (2 średnie – dałam po kawałku żółtej, pomarańczowej i czerwonej)
200 g cebuli (1 średnia)
300 ml passaty (użyłam domowej) albo puszka krojonych pomidorów
1 łyżeczka suszonej bazylii
1 łyżeczka suszonego oregano
1 łyżeczka ulubionej mieszanki ziół (u mnie dalmatyńskie)
½ -1 łyżeczki soli (dałam tylko ½ łyżeczki)
½ łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
szczypta ostrej papryki
2 łyżki oleju (u mnie rzepakowy)

około 300 – 350 g makaronu (u mnie grube rurki)
2 łyżki tartego parmezanu albo grana padano


Mięso oczyścić, pokroić w kostkę średniej wielkości. Dodać ½ łyżeczki soli, ½ łyżeczki pieprzu, szczyptę ostrej papryki, wymieszać, zostawić na kilka minut i zająć się przygotowaniem warzyw. Cebulę i marchew obrać, cebulę pokroić w dosyć drobną kostkę, a marchew w cienkie plasterki (im cieńsze marchewki tym lepiej). Cukinię pokroić w kostkę (jeśli trzeba, to wcześniej obrać ze skóry), a paprykę pozbawić gniazd nasiennych i pokroić w kostkę.
W dużym garnku zagotować wodę na makaron (około 4 – 5 litrów), gdy woda się zagotuje osolić ją (ja wsypuję ½ łyżeczki soli), wsypać makaron i ugotować go al dente – makaron powinien trafić do garnka mniej więcej 10 minut przed końcem duszenia mięsa i warzyw.
W rondlu rozgrzać olej, wrzucić mięso i na mocnym ogniu obsmażyć do lekkiego zrumienienia, wrzucić pokrojoną cebulę i razem chwilę smażyć. Wrzucić marchewkę, wlać ¼ szklanki wody i dusić razem 5 minut, następnie dodać cukinię i paprykę, wlać passatę albo pomidory z puszki, dodać zioła i dusić razem około 15 – 20 minut, aż warzywa będą miękkie. Można dodać jeszcze odrobinę soli, do własnego smaku. Ja solę mało, więc zioła mi wystarczają, a i w passacie domowej roboty już trochę soli mam.
Do mięsa i warzyw dodać ugotowany makaron, wymieszać i wszystko razem podgrzewać około 1 minuty. Nałożyć na talerze, posypać tartym parmezanem i gotowe.