Strony

wtorek, 27 grudnia 2022

Torcik tiramisu

Torcik po raz pierwszy powstał rok temu w styczniu na moje urodziny. A pomysł zaczerpnęłam z jednej z radomskich cukierni, do której od czasu do czasu wpadamy z mężem „na randkę”.

W styczniowy, zimowy wieczór wybraliśmy się na kawę piernikową i skusiliśmy się na owy torcik.
Był smaczny, choć spód biszkoptowy dla mnie odrobinę za suchy, no ale jak człowiek przyzwyczajony do dobrze nawilżonych blatów, to potem marudzi.
Jednak torcik na tyle przypadł nam do smaku, że przeniosłam go na grunt domowy, zrobiłam wiele razy i dopiero dziś doczekał się publikacji – prawie po roku od „pierwszego razu”.
Jest bardzo prosty do wykonania, nie ma w nim nic, co mogłoby sprawiać trudność.
To, co mogę podpowiedzieć to to, że biszkopt piekę przeważnie z trzech dużych jajek, przekrawam na pół, jedną część wykorzystuję do tego torcika, a drugą zamrażam i mam na kolejny torcik. Ale oczywiście można zrobić jak w podaję w przepisie, biszkopt będzie odrobinę wyższy.
Torcik zdecydowanie nie jest dla dzieci, bo zawiera likier ameretto.

 



Składniki na torcik o średnicy 22 cm:

Biszkopt:

2 jajka L

1/3 szklanki* cukru (używam takiego drobnego do wypieków)

1/3 szklanki* mąki

1 czubata łyżka dobrego, ciemnego kakao

Krem:

500 ml śmietanki kremówki

250 g serka mascarpone

3 – 4 łyżki cukru pudru

2 opakowania śmietan fixu

Nasączenie + namoczenie biszkoptów:

1 filiżanka espresso

3 łyżki likieru amaretto

Dodatkowo:

125 g biszkoptów savoiardi (jak do tiramisu)

1 mały słoiczek dżemu (ja daję przeważnie domową galaretkę porzeczkową, winogronową albo dżem agrestowy)

1 łyżka gorzkiego kakao

*używam szklanki o pojemności 250 ml

 


Torcik tiramisu – przygotowanie:

Biszkopt: Białka oddzielić od żółtek. Białka ubić na sztywną pianę, dodać cukier i ubijać aż się rozpuści. Dodać żółtka i jeszcze chwilę razem ubijać.
Mąkę przesiać razem z kakao, doda do masy jajecznej i wymieszać szpatułką do dokładnego połączenia składników (już nie miksować). Gotową masę przełożyć do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia (wykładam tylko dno, boków formy niczym nie smaruję).
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni (u mnie termoobieg) i piec około 20 minut do tzw. suchego patyczka. Biszkopt wyciągnąć z formy, ostudzić na kratce.

Zaparzyć kawę, zostawić do wystudzenia, wlać do niej amaretto (ja nie dosładzam, ale nie jest to zabronione).
Serek ubić razem ze śmietanką, gdy masa będzie już w miarę gęsta dodać cukier puder wymieszany z fixem. 1/4 kremu odłożyć do posmarowania boków i ozdobienia góry. Pozostały podzielić na dwie części.
Biszkopt ułożyć na paterze, nasączyć naparem z kawy i amaretto (nie za dużo, ale na tyle, aby nie był suchy). Nasączony biszkopt posmarować dżemem. Następnie wyłożyć na niego jedną część kremu.  Krem oprószyć gorzkim kakao (najlepiej przez drobne sitko). Biszkopty zamaczać w kawie z amaretto (dosłownie na 2 sekundy, żeby za mocno nie nasiąknęły – bardzo szybko chłoną płyn). I ułożyć na kremie. Gdy już ułożymy całą warstwę biszkoptów, to przykryć ją drugą częścią kremu. Boki posmarować odłożonym kremem i górę dowolnie udekorować. Ja zrobiłam obwódkę z kremu, a środek posypałam gorzkim kakao. Pewnego razu najpierw posypałam kakao, a potem ozdabiałam kremem – nie polecam, bo krem „ślizga” się po kakao.
Gotowy torcik schłodzić przynajmniej przez 2 godziny.

 




 

wtorek, 1 listopada 2022

Tarta dyniowa z gruszkami na cynamonowym kruchym spodzie

Mój mąż ma czasem pomysły… zachciało mu się tarty dyniowej. No to dobra żona wymodziła. Nie miałam na nią pomysłu, przejrzałam kilka przepisów w internecie, ale nic mi nie przypasowało na tyle, abym chciała to przenieść do swojej kuchni. Niewątpliwie jednak zainspirowałam się choćby pomysłem na dodanie gruszek do mojej tarty. Gdy zabrałam się za ciasto na tartę to pomyślałam, że do dyni fajnie pasuje cynamon, więc moje kruche ciasto zaczarowałam cynamonem – ależ pięknie pachniało podczas pieczenia.
W sumie sam przepis jest bardzo prosty, niezbyt czasochłonny, tylko dynię trzeba upiec trochę wcześniej, aby ostygła. Kolor tarty w dużej mierze będzie zależał od odmiany dyni, jakiej użyjemy. Ja użyłam dyni hokkaido wyhodowanej przez mojego brata w ogrodzie. Ta dynia ma niewiele wody, więc po upieczeniu jest zwarta i kremowa, idealnie nadaje się właśnie do tego rodzaju wypieków. I właśnie tę dynię polecam.
Tarta pięknie się prezentuje, cudownie pachnie i rozpływa się w ustach. Zachęcam do wypróbowania, bo jest naprawdę pyszna. No i przy okazji zawiera dużo białka i jeszcze sporo witamin ukrytych w dyni. Zdecydowanie to dobre ciasto na jesienny wieczór.
Można zamienić cukier na np. erytrytol i będzie wersja dla diabetyka.

 



Składniki na tartę o średnicy 24 -26 cm:

Ciasto:
250 g mąki
150 g zimnego masła
50 g cukru pudru
1 płaska łyżeczka cynamonu
1 duże jajko (można dać dwa małe, moje było duże i miało dwa żółtka)

Nadzienie:
200 g twarogu mielonego (ja użyłam mielonego twarogu półtłustego z kostki i taki rekomenduję)
150 g skyru naturalnego
140 g cukru (ok ¾ szklanki)
300 g pieczonej dyni (polecam dynię hokkaido)
3 duże jajka
1 czubata łyżka budyniu śmietankowego (można zastąpić skrobią ziemniaczaną)
2 łyżeczki cukru pomarańczowego (użyłam Kotanyi, bo taki miałam w domu)
1 płaska łyżeczka przyprawy do piernika

Dodatkowo: 2 gruszki, opcjonalnie cukier cynamonowy albo karmel z wanilią (ja użyłam młynka z karmelem z wanilią i skórką pomarańczową z Kotanyi) – ale można to pominąć



Tarta dyniowa z gruszkami na cynamonowym kruchym spodzie – przygotowanie:

Najpierw trzeba upiec dynię – ja od razu upiekłam całą, wykorzystam resztę do innych potraw. Dynię pokroić na kawałki, usunąć część z pestkami, ułożyć na blaszce, wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i piec około 20 – 25 minut (ja przykrywam papierem do pieczenia, żeby mi się nie przypiekła). Dyni hokkaido nie trzeba obierać, skórka jest jadalna.

Wszystkie składniki kruchego ciasta włożyć do miski i szybko zagnieć (można użyć robota albo własnych rąk). Ciasto schłodzić przez 20 minut w lodówce, następnie rozwałkować i przełożyć do foremki do tarty (bardzo polecam formy z wyciąganym dnem, to wiele ułatwia). Nakłuć ciasto widelcem i wstawić jeszcze na 10 minut do lodówki. Piekarnik nagrzać do 200 stopni (góra – dół), albo do 180 stopni (termoobieg). Na ciasto położyć kawałek papieru do pieczenia i wysypać na niego np. ziarna fasoli albo specjalne kulki ceramiczne, które po upieczeniu tarty z powrotem wędrują do słoika (używam ich dobrych kilka lat i cały czas spełniają swoją obciążająca rolę znakomicie). Tartę wstawić do piekarnika i piec około 15 minut, aż ciasto lekko się podpiecze. Wyciągnąć z piekarnika, zdjąć papier z obciążeniem i zostawić do wystygnięcia.
Gruszki umyć, pokroić na kawałki (nie obierać ze skórki).
Wszystkie składniki nadzienia zmiksować (ja to robię w malakserze), ale można posłużyć się równie dobrze zwykłym blenderem „żyrafą” albo tym czym dysponujemy we własnej kuchni.
Masę przelać na ciasto, na górze ułożyć gruszki i w tym momencie można oprószyć cukrem cynamonowym albo karmelem, można też posypać odrobiną zwykłego grubego cukru.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni (u mnie termoobieg) i piec około 30 minut, aż masa ładnie się zetnie. Wyciągnąć z piekarnika i zostawić do wystygnięcia. 


 


niedziela, 9 października 2022

Łosoś w sosie porowym

Dziś zapraszam Was po prosty przepis na dobrą rybę. Przepis czekał od stycznia, aż obrobię zdjęcia i wreszcie go napiszę. Takich zaległych mam jeszcze sporo, ale tak naprawdę nie wiem, czy wszystkie uda mi się napisać i opublikować. Czas pokaże.
Łososia w tym przepisie można zastąpić np. dorszem czy miruną i też będzie pysznie. Ja łososia kupuję dosyć rzadko, bo najbardziej lubię dzikiego albo jurajskiego, a te nie dosyć, że drogie, to dużo trudniej dostępne ( łosoś jurajski jest w dużych miastach do kupienia np. w Makro, Auchan i sklepach partnerskich).
Ryby warto jeść, bo zawierają dużo zdrowych tłuszczy i dobrze przyswajalnego białka, ale warto sprawdzać skąd pochodzą. Ten przepis jest banalnie prosty, nie wymaga wielkich umiejętności i nie wymaga trudno dostępnych składników.
Ta wersja zdecydowanie nie należy do dietetycznych, bo danie jest kaloryczne i u nas pojawia się bardzo sporadycznie, raczej na specjalne okazje. Wtedy nie liczę kalorii, choć staram się, aby dodatki były raczej lekkie - np. warzywa z wody, surówki bez sosów itp.

 


Składniki na 4 porcje:

700 - 800 g świeżego łososia

1 łyżka klarowanego masła

2 łyżeczki świeżego masła

2 duże pory (biała część)

125 ml gorącej wody

200 ml słodkiej śmietanki 18 % (można użyć 30%)

2 łyżki posiekanego koperku

sól, pieprz cytrynowy, pieprz czarny, chili



Łosoś w sosie porowym - przygotowanie:
Łososia pokroić na 4 porcje, każdy kawałek posolić i posypać pieprzem cytrynowym (dosyć obficie). Pory pokroić w półplasterki albo w ćwierć plasterki (wg uznania).
Na patelni rozgrzać klarowane masło, na gorący tłuszcz włożyć kawałki łososia i obsmażyć na mocnym ogniu z każdej strony (może się lekko zrumienić). Łosoś nie potrzebuje wiele czasu, aby się usmażyć. Kawałki usmażonego łososia przełożyć na talerz, a na patelnię dołożyć świeże masło i wrzucić pokrojone pory. Podsmażyć, aby się lekko zrumieniły. Wlać wodę i dusić 5 minut. Gdy woda w większości odparuje wlać śmietankę, całość doprawić solą, pieprzem i szczyptą chili do własnego smaku. Wsypać koperek, dokładnie wymieszać. Włożyć kawałki usmażonego łososia, patelnię przykryć pokrywką, dusić razem jeszcze kilka minut, aż śmietanka zgęstnieje, a łosoś „dojdzie” w sosie i będzie gorący.
Ja podałam z ryżem ugotowanym na sypko i brokułami z wody. Do gotowania ryżu oprócz soli dodałam trochę kurkumy i 3 ziarna kardamonu. 


 

sobota, 1 października 2022

Łemkowskie gołąbki z ziemniakami i sosem cebulowo – śmietanowym

Te gołąbki są moim wspomnieniem dzieciństwa. Robiła je moja łemkowska babcia i używała do ich przygotowania kiszonych główek kapusty. Gdy kisiła kapustę na zimę, to w beczce lądowało kilka główek kapusty. Taka kapusta była potem wykorzystywana właśnie do takich gołąbków z ziemniakami. Drugie, które pamiętam były z kaszą i grzybami w sosie z leśnych grzybów.

Gołąbki z ziemniakami i sosem cebulowo - śmietanowym były bieda daniem (zresztą jak duża część kuchni łemkowskiej), które przygotowywało się w okresie zimowym, gdy świeżych warzyw i owoców niemalże nie było. A ziemniaki, kapusta, cebula były zawsze (swoje, przechowywane całą zimę), podobnie jak śmietanka, bo przecież w oborze stały krowy. Czasem babcia do masy dodawała wędzonego boczku albo podwędzanej kiełbasy, ale przeważnie były to gołąbki jarskie. Nie miałam wiele okazji, aby te gołąbki jeść, bo w okresie zimowym bywałam w górach niezwykle rzadko.
Obecnie można je spotkać w bieszczadzkich i beskidzkich karczmach.
Niektórzy te gołąbki nazywają stolnikami (i pod takimi nazwami występują np. w karczmie „u Pawła nie całkiem świętego”. Jednak z tego co pamiętam, to stolniki nie były zawijane jak gołąbki, były to po prostu liście kapusty złożone na pół, nadziane płasko masą ziemniaczaną i pieczone w piecu. Ale dziś już babci o to nie zapytam, bo nie ma jej z nami od ponad 20 lat. Ale pamięć przetrwała.

Ja swoje przygotowałam z kapusty stożkowej, bo do takiej kiszonej w główkach niestety nie mam dostępu i dodałam do masy ziemniaczanej wędzonkę krotoszyńską. Wyszły pyszne.
Gołąbki z ziemniakami są bardzo sycące, a z kapusty stożkowej, która ma duże liście, wychodzą całkiem spore gołąbki.



Składniki na 15 sztuk:

1 duża kapusta stożkowa (można też użyć zwykłej białej albo włoskiej) – potrzebujemy 15 dużych liści (ja zawsze wykorzystuję całą kapustę i te małe liście wkładam w duże i mam gołąbki z podwójnym liściem)

2,5 kg ziemniaków (waga po obraniu) – najlepsze będą ziemniaki typu C albo BC z dużą zawartością skrobi – u mnie Satina

2 bardzo duże cebule (około 500 g)

300 g wędzonki krotoszyńskiej (w wersji jarskiej można pominąć) – można też wykorzystać wędzony boczek albo jakąś inną podwędzaną wędlinę

2 łyżki oleju

sól, pieprz, ostra papryka, majeranek

3 liście laurowe

4-5 kulek ziela angielskiego


Sos:

3 duże cebule

2 łyżki oleju (albo 1 łyżka oleju i 1 łyżka masła klarowanego – tak smakuje jeszcze lepiej)

1 łyżeczka mąki pszennej (u mnie orkiszowa)

100 ml wody

200 ml śmietanki – ja dałam 18 %, ale może być 30 %

sól, pieprz


Łemkowskie gołąbki z ziemniakami i sosem cebulowo – śmietanowym:

Gołąbki:
W pierwszej kolejności przygotować nadzienie, bo powinno nieco przestygnąć. Cebulę i wędzonkę pokroić w kostkę. Ziemniaki obrać i zetrzeć na drobnej tarce tak jak na placki ziemniaczane – można użyć przystawki do maszynki z tarkami czy malaksera z tarkami (nie nadają się do tego urządzenia z nożami typu TM, bo robi się paćka i ciężko taką masę odparować). Starte ziemniaki przełożyć na perlonowe sito (albo zwykłe, ale wtedy trzeba je wyłożyć gazą) i zostawić, aby dobrze się odsączyły. Wodę odlać, skrobię z dna dołożyć do ziemniaków.
Na dużej, głębokiej patelni (albo w jakimś rondlu z o dużej średnicy) rozgrzać olej, wrzucić pokrojoną cebulę i podsmażyć ją na złoty kolor, dodać pokrojoną wędzonkę i chwilę razem smażyć.
Dodać odsączone ziemniaki, wymieszać i wszystko razem przesmażyć, aż masa będzie zwarta i reszta wody odparuje. Wsypać 1 łyżeczkę soli (ja solę mało, więc tyle wystarczyło), 1 łyżeczkę pieprzu i ½ łyżeczki ostrej papryki oraz 1 łyżkę dobrze roztartego w dłoniach majeranku).
Kapustę sparzyć (ja wycinam głąb i robię w garnku z wodą, ale każdy może wykorzystać swój sposób na to, aby sparzyć kapustę). Z liści ściąć twardy nerw (to coś na samym brzegu od strony głąba).
Na liście nakładać farsz (ja rozkładam wszystkie liście na blacie i nakładam masę – tyle, aby wykorzystać cały farsz), przykryć brzegiem, następnie boki złożyć do środka i zwinąć, aby powstał ładny gołąbek.
Gołąbki ułożyć w garnku wyłożonym wierzchnimi liśćmi kapusty, wlać tyle wody (ja wykorzystuję wodę z parzenia kapusty), aby sięgała do wysokości 2/3 pierwszej warstwy gołąbków. Każdą warstwę lekko posolić, wrzucić liście laurowe i ziele angielskie. Garnek przykryć, gołąbki zagotować i od chwili wrzenia gotować około 1 godziny.

Sos:
Cebulę pokroić w ćwierć talarki. Na patelni rozgrzać olej albo olej z masłem, wrzucić cebulę i na wolnym ogniu podsmażyć aż zrobi się lekko złota i będzie miękka (uważać, żeby nie przypalić, bo sos będzie gorzki). Cebulę oprószyć 1 łyżeczką maki i szybko wymieszać, wlać wodę i chwilę razem dusić, dolać śmietankę, doprawić do smaku solą i pieprzem (wg własnego uznania, najlepiej spróbować – jeden lubi bardziej słone, drugi mniej). Gotować całość kilka chwil, aż sos zgęstnieje i nabierze odpowiedniej konsystencji.

Ps. Gołąbki można też upiec w piekarniku (180 stopni – około 80 minut), a pod sam koniec zalać je przygotowanym sosem i chwilę razem zapiec. Pieczone są równie pyszne jak gotowane.
A i jeszcze jedno. Sosu nie wychodzi jakoś bardzo dużo, więc jeśli ktoś lubi dużo sosu do gołąbków, to proponuję zrobić sos z podwójnej porcji składników.



piątek, 9 września 2022

Z serii "coś na zimę": Ogórki z przecierem pomidorowym

Jak już wspominałam przy poprzednim przepisie na ogórki po diabelsku, jestem oporna jeśli chodzi o przepisy na przetwory. Dopiero, gdy czegoś spróbuję, to wtedy przenoszę przepis do swojej kuchni. I tak też jest z tymi ogórkami.

Ogórki jedliśmy u mojego kuzyna i jego żony Ani, od której dostałam przepis. Mojemu mężowi tak bardzo smakowały, że obiecałam, że zrobię i tak też uczyniłam. I tym przepisem dzielę się z Wami. W przepisie nie zmieniłam niczego i uważam, że są naprawdę pyszne. 

 


Składniki na około 10 słoików po 350 ml:

2,5 kg ogórków
500 g cebuli
2 płaskie łyżki soli

Zalewa:
½ szklanki (125ml) oleju – ja dałam rzepakowy
½ szklanki (100 g) cukru
½ szklanki (125 ml) octu 10 %
1 płaska łyżka soli
275 g koncentratu pomidorowego

 


Ogórki z przecierem pomidorowym – przygotowanie:

Ogórki pokroić w niezbyt cienkie plastry (takie 3 – 4 mm), cebulę pokroić w ćwierć talarki, zasypać solą, wymieszać i odstawić na 4 godziny. Następie dobrze odcedzić (ja przełożyłam na durszlak, zostawiłam na 30 minut i pozwoliłam, żeby woda dobrze odciekła).
Składniki zalewy wymieszać, zalać nią ogórki, wymieszać i zostawić na godzinę. Następnie przełożyć do słoików, zakręcić. Słoiki wstawić do garnka wyłożonego ściereczką, wlać tyle wody, aby sięgała do 2/3 wysokości słoików. Zagotować, a od chwili wrzenia pasteryzować 10 minut.
Zostawić do wystygnięcia. 

 


sobota, 27 sierpnia 2022

Z serii „coś na zimę”: Ogórki z chili /ogórki po diabelsku

 Dawno już nic na blogu nie publikowałam, ale nie będę się z tego tłumaczyć, bo i po co? Dziś wracam do Was z przepisem na kolejne ogórki do zapuszkowania, ups – raczej do zamknięcia w słoikach. To dobry czas na zamknięcie odrobiny lata w słoikach, po to, aby cieszyć się ich smakiem zimą.

Dwa tygodnie temu byliśmy na urlopie w moim ukochanym Beskidzie Niskim (tam są moje korzenie, stamtąd pochodzi mój tata), zwiedzaliśmy piękne cerkwie, cieszyliśmy się pięknem natury, odpoczywaliśmy i odwiedzaliśmy rodzinkę. I właśnie dzięki tym odwiedzinom mam dwa nowe przepisy na ogórki do słoików, wszak karmienie gości moja rodzina ma w genach. Jeden przepis jest od cioci Luby (ten dzisiejszy), drugi od Ani - żony mojego kuzyna.
Ja jestem bardzo oporna jeśli chodzi o nowe przepisy do słoików. O ile z ciastami eksperymentuję, tak w sprawie przetworów jestem oporna. No bo w przypadku ciasta najwyżej poniosę porażkę raz, a gdy zrobię kilkanaście słoików przetworów i okażą się klapą, to zawsze żal mi czasu i pieniędzy. Ale, gdy czegoś spróbuję, posmakuję i okaże się, że trafiło w moje (albo mojego męża) smaki, to chętnie proszę o przepis. Tym razem padło na ogórki, a przepisów mi nie odmówiono. Dziś dzielę się pierwszym z nich, na ostre ogórki z chili.
Zrobiłam dwie partie, lekko zmieniając proporcje, ale o tym za chwilę. Gdy przeczytałam oryginalny przepis, to ogarnęło mnie przerażenie, bo okazało się, że na 2,5 kg ogórków idzie aż 1 kg cukru. Ale, że jak? Że po co? Że dlaczego? Mąż mówi: daj połowę, a ja idąc za ciosem zmniejszyłam do 400 g (też sporo). Po degustacji okazało się, że ogórki są bardzo smaczne , nawet lekko za słodkie i w kolejnej porcji zmniejszyłam jeszcze o 100 g.
Do pierwszej wersji dodałam zgodnie z przepisem łyżeczkę mielonego chili, ale drugą partię potraktowałam dużo hojniej i oprócz chili w proszku dodałam jeszcze ½ łyżeczki płatków chili i do zalewy wrzuciłam jeszcze 3 małe, ostre papryczki. I te drugie nazwałam diabelskimi, bo w istocie są bardzo ostre. Jeśli ktoś nie lubi ostrych smaków, to niech sobie daruje ten przepis, bo nawet w pierwszej wersji są dosyć ostre. 

 



Składniki (6 słoiczków po 350 ml +6 słoiczków po 250 ml):

2,5 kg ogórków gruntowych (niezbyt przerośniętych, żeby nie miały za wiele pestek)
3 łyżki soli (w oryginalnym przepisie 4 łyżki)

Zalewa:

1,5 szklanki octu 10% (357 ml) - w oryginalnym przepisie 1 szklanka
½ szklanki wody (125 ml)
8 łyżek oleju (120 ml)

1 łyżeczka chili – ja dałam w pierwszej wersji czubatą łyżeczkę (około 7 g), w drugiej wersji dołożyłam jeszcze ½ łyżeczki płatków chili i 3 małe ostre papryczki

1,5 – 2 szklanki cukru (300 - 400 g) – w oryginalnym przepisie 1 kg

2 – 3 ząbki czosnku


Ogórki z chili /ogórki po diabelsku – przygotowanie:

Ogórki dobrze umyć, pokroić na plasterki. Plasterki nie powinny być bardzo cienkie, bowiem po nasoleniu i pasteryzacji robią się cieńsze. Ja kroiłam na szatkownicy na najgrubszym ustawieniu, około 3 - 4 mm grubości. Ogórki posolić, wymieszać i odstawić na około 5 – 6 godzin.
Wszystkie składniki zalewy zagotować pod przykryciem i odstawić, aby nabrała mocy.
Ogórki dobrze odcedzić (puszczą sporo wody, którą należy wylać), zalewę ponownie zagotować, aby była gorąca i taką zalać odcedzone ogórki, dobrze wymieszać i zostawić na 12 godzin.
Oryginalny przepis mówi, żeby zalewę zagotować raz, przed samym zalaniem ogórków, a czosnek wcisnąć albo wkroić surowy. Mnie zależało, aby zalewa z czosnku i suszonych ostrych papryczek wyciągnęła jak najwięcej, stąd podwójne zagotowanie.
Po 12 godzinach ogórki wraz z zalewą przełożyć do słoików, słoiki nie muszą mieć tej zalewy po czubek, wystarczy tyle ile będzie. Gotowe słoiki zakręcić, wstawić do garnka wyłożonego ściereczką, wlać zimną wodę do wysokości 2/3 słoików i od momentu wrzenia wody pasteryzować 10 minut. Zostawić do wystygnięcia. I absolutnie nie zjeść od razu, bo nic na zimę nie zostanie.