Strony

piątek, 28 lutego 2014

Krem z dyni z ananasem i mlekiem kokosowym

Kolejna, kremowa i pyszna zupa dyniowa. Dziś w nieco innej odsłonie, a powstała w wyniku sprzątania lodówki i wyjadania zapasów. Przez dwa tygodnie nie robiłam zakupów, bo trzeba było zrobić trochę luzu w zamrażarce i szafkach. Okazało się, że w domu mam tyle produktów, że spokojnie można było przygotować pełnowartościowe posiłki.
Zrobiłam kokosowe curry z indyka i zostało mi pół puszki ananasa i pół puszki mleka kokosowego. W  lodówce znalazłam jeszcze słoiczek oleju kokosowego, a potem spojrzenie na małą dyńkę leżącą za szafką i zapadła szybka decyzja o zrobieniu zupy. W zamrażarce miałam jeszcze porcję bulionu warzywnego, więc w zasadzie nie było się nad czym zastanawiać. 


Składniki na 4 porcje:

800 g obranej i pokrojonej w kostkę dyni (waga po obraniu)
1 mała cebulka
½ puszki ananasów
4 łyżki soku z ananasa
½ puszki mleka kokosowego
½ łyżeczki soli
¼ łyżeczki chili
1 łyżeczka mielonego imbiru
½ łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
1 łyżka oleju kokosowego

do podania: prażone pestki dyni albo drobne grzanki


Cebulę obrać, pokroić w kostkę. Dynię oczyścić, obrać ze skóry i pokroić w grubą kostkę.
W garnku rozgrzać łyżkę oleju kokosowego, wrzucić cebulę i delikatnie ją podsmażyć – ale nie rumienić mocno. Wrzucić pokrojoną dynię i smażyć razem 3 – 4 minuty, często mieszając. Dodać ananasa, wlać bulion, wsypać sól i gotować około 25 – 30 minut, aż dynia będzie miękka i prawie rozpadająca się. Dolać sok z ananasa, mleko kokosowe, zagotować. Zestawić garnek z ognia, wsypać chili, imbir i świeżo tartą gałkę muszkatołową, wymieszać i zostawić na 10 minut. Zupę zmiksować, ponownie zagotować i podawać posypaną prażonymi pestkami dyni albo z drobnymi grzankami.


niedziela, 23 lutego 2014

Rogaliki śniadaniowe mleczno – maślane

Przepis na te rogaliki nie jest niczym odkrywczym, niczym niezwykłym, jest po prostu wynikiem mojego doświadczenia z drożdżowymi wypiekami, które uwielbiam robić. A odkąd używam robota to lubię je robić jeszcze bardziej, choć przyznaję, że ciągle nie potrafię odmówić sobie przyjemności wygniatania ciasta w ręce. Tak więc, gdy już robot je porządnie wyrobi, to biorę je na blat i jeszcze przez chwilę wyrabiam ręcznie oddając mu ciepło rąk, a ono odpłaca się pięknym wyrośnięciem. Kiedyś ciasto drożdżowe wydawało mi się trudne, a dziś wiem, że po prostu musi być naprawdę dobrze wyrobione, aby było puszyste i delikatne.
Jakoś umknęło mi, że dziewczyny w ramach akcji „Wypiekanie na śniadanie” również piekły rogaliki. Szkoda, bo wykorzystałabym tamten przepis i dołączyła do akcji. Mam nadzieję, że następnym razem nie przegapię.
A dziś dzielę się moim przepisem na rogaliki, które są bardzo puszyste. Ani specjalnie słodkie, ani słone. Równie dobrze smakują z dżemem, pastą jajeczną czy serem (z wędliną nie próbowałam, ale wydaje mi się, że też będą dobre).
Najtrudniejszą sprawą jest zwinięcie rogali tak, aby uzyskały ten właściwy kształt. Spróbuję to opisać, ale może pomocą będzie dla Was filmik, który przygotował Tomasz Klimczak. Mnie również bardzo pomógł, bo choć mniej więcej wiedziałam jak te rogale zwijać, to pomijałam etap rozwijania. Jak dobrze, że są ludzie, którzy dzielą się takimi umiejętnościami. 


Składniki na 9 rogalików:

500 g mąki pszennej luksusowej (typ 550)
25 g świeżych drożdży (ostatecznie 7 g suszonych, ale mnie suszone drożdże nie lubią, więc ich raczej nie używam)
65 g roztopionego, ostudzonego masła
170-190 ml ciepłego mleka (w zależności od tego jak sucha jest mąka)
1 pełna łyżeczka jogurtu naturalnego
1 duże jajko
3 płaskie łyżki cukru
½ płaskiej łyżeczki soli

rozkłócone jajko albo mleko do posmarowania rogalików
mak albo sezam do posypania


Drożdże rozkruszyć do dużego kubka, wsypać 1 łyżeczkę cukru, 1 łyżeczkę mąki, dodać jogurt, 3 łyżki ciepłego mleka, wymieszać i odstawić na około 15 minut, aby zaczyn ruszył.
Do misy przesiać mąkę, dodać sól, cukier i wymieszać. Dodać rozkłócone jajko, wyrośnięty zaczyn, rozpuszczone masło i około 170 ml mleka. Wyrobić gładkie ciasto, jeśli w trakcie wyrabiania okaże się, że ciasto jest suche dolać jeszcze trochę mleka (niestety mąka mące nierówna). Wyrabiać przez kilka minut, aż ciasto będzie sprężyste, gładkie i matowe (ja wyrabiałam w robocie około 7 minut, a potem jeszcze chwilę ręcznie). Przełożyć do miski oprószonej mąką, przykryć ściereczką i odstawić na 60 minut do wyrośnięcia (powinno znacznie zwiększyć swoją objętość). Wyrośnięte ciasto podzielić na 9 równych części (mniej więcej po około 95-100 g – ja korzystam z wagi), uformować z nich kulki. Każdą kulkę rozwałkować na owalne, podłużne placuszki i z każdego uformować rogalik. Górę takiego placuszka lekko zagiąć do siebie, prawą ręką rolować ciasto do siebie i od siebie, lekko dociskając, a lewą przytrzymywać i lekko naciągać ciasto (dobrze wyrobione ciasto jest bardzo plastyczne). I tak aż do zrolowania całego ciasta – im więcej nawinięć tym rogalik bardziej puszysty. Gdy już cały kawałek ciasta jest zrolowany wygiąć go na kształt rogalika pamiętając o tym, aby końcówka ciasta była pod spodem.
Rogaliki ułożyć na blaszkach wyłożonych papierem do pieczenia w dosyć dużych odstępach, bo jeszcze sporo urosną. Posmarować rozkłóconym jajkiem albo mlekiem i posypać makiem albo sezamem (ja dwa zostawiłam bez niczego). Przykryć ściereczką i zostawić do ponownego wyrośnięcia – u mnie 50 minut.
Piekarnik nagrzać do 180 stopni (góra – dół), wstawiać blaszki pojedynczo i piec około 15 -20 minut do ładnego zrumienienia. Wyciągnąć, przełożyć na kratkę i zostawić do ostygnięcia. Choć gdy tak pięknie pachną to trudno im się oprzeć.  Rogaliki są również bardzo smaczne następnego dnia (zawinięte w lnianą ściereczkę i przechowywane w chlebaku).
Ciasto można przygotować wieczorem, przykryć luźno folią spożywczą i wstawić do wyrastania do lodówki, a rano uformować rogaliki, zostawić je do wyrośnięcia i upiec.




sobota, 22 lutego 2014

"Pączki" z piekarnika

Pączki to jeszcze, czy już nie pączki? Dla mnie zdecydowanie nie pączki, choć sama fanką pączków nie jestem (jem jednego w roku). Te pączki upiekłam, bo jedna z czytelniczek poprosiła mnie o przetestowanie przepisu, co uczyniłam z wielką przyjemnością.
To, co mi wyszło to raczej takie bułeczki, puszyste, lekkie i smaczne, ale jednak z samymi pączkami za dużo wspólnego nie mają. Już sam fakt, że jest w nich tylko jedno jajko powoduje, że z pączkami nawet się nie przyjaźniły. Jednak jest to alternatywa dla tych, którzy z różnych przyczyn smażonych pączków jeść nie mogą. Zachęcam do wypróbowania, bo z pewnością idealnie nadadzą się do popołudniowej kawy.
Kilka pączków/bułeczek zostawiłam bez nadzienia i cukru pudru, bardzo fajnie się sprawdziły jako pieczywo (same w sobie nie są zbyt słodkie) i pewnie poeksperymentuję z recepturą i spróbuję zrobić zwykłe bułki. 
Przepis pochodzi z tej strony, a ja dzięki Helence zaczerpnęłam go z bloga Kasi. Dodałam jednak więcej mąki (podobnie jak jest w przepisie oryginalnym).  Ja piekłam z luksusowej 550, ale jeśli będzie to mąka tortowa 450 to pewnie będzie trzeba dosypać tej mąki jeszcze więcej.
Te pączki piekło ze mną ponad 20 osób - w ramach takiego eksperymentu, bo jak testować to na całego. Praktycznie wszystkim pączki wyszły jak bułeczki, jednym odpowiadają bardziej, innym mniej. Po wymianie opinii wiem, że są osoby bardzo zadowolone, ale i takie, które stwierdziły, że do przepisu nie wrócą.
Bardzo dziękuję za to wspólne pieczenie, zaangażowanie, zgodzenie się w ciemno na przetestowanie przepisu i podzielenie się wrażeniami.  Wszystkie podesłane zdjęcia wrzucę do albumu na FB. 



Składniki na 15 sztuk:

2 i 1/3 szklanki* mąki pszennej (dałam luksusową typ 550) + dodatkowo do podsypywania
250 ml ciepłego mleka
20 g świeżych drożdży
¼ szklanki* drobnego cukru do wypieków (nie pudru)
1 jajko średniej wielkości
2 łyżki roztopionego, ostudzonego masła
szczypta soli

dodatkowo:
konfitura albo dżem do nadziania
cukier puder do posypania

*używam szklanki o pojemności 250 ml 


Drożdże rozkruszyć do kubka, wlać 3 łyżki mleka, wsypać 1 łyżeczkę cukru, 1 łyżkę mąki, wymieszać i odstawić na 15 minut, aby zaczyn ruszył.
Mąkę przesiać do miski, wymieszać ją z solą i resztą cukru. Dodać rozkłócone jajko, mleko i wyrośnięty zaczyn. Wyrobić gładkie ciasto (u mnie wyrabiał robot przez 7 minut), wlać rozpuszczone masło i wyrabiać tak długo, aż ciasto przestanie błyszczeć i będzie gładkie.
Przełożyć do miski, przykryć ściereczką i odstawić na godzinę do wyrośnięcia (ciasto powinno podwoić swoją objętość), a w międzyczasie przygotować sobie dwie duże blaszki (np. z wyposażenia piekarnika), wyłożyć je papierem do pieczenia.
Wyrośniętego ciasta nie zagniatać ponownie. Na blacie oprószonym mąką rozciągnąć ciasto na grubość około 2 cm i szklanką o średnicy 6 – 7 cm wyciąć pączki. Resztę ciasta krótko zagnieść, ponownie rozciągnąć i wyciąć kolejne pączki. Resztki ponownie zagnieść, zrobić kulkę i ją spłaszczyć.
Paczki z pierwszego wycinania ułożyć na jednej blaszce (można sobie pomóc łopatką, ale jak ciasto jest dobrze wyrobione to spokojnie utrzymuje kształt i daje się je przenieść), a pozostałe na drugiej. Przykryć ściereczkami i zostawić do drugiego wyrośnięcia (powinny znacznie zwiększyć swoją objętość – u mnie stały 50 minut). Piekarnik nagrzać do 180 stopi (góra – dół), wstawić blaszkę z pączkami z pierwszego wycinania i piec około 10 - 12 minut do lekkiego zrumienienia – nie mogą za mocno się przypiec, bo będą twarde. Gdy pierwsza partia się upiecze wstawić drugą blaszkę.
Po upieczeniu przełożyć pączki na kratkę i zostawić do wystygnięcia. Z pomocą szprycy z długą końcówką napełnić pączki dżemem, a następnie posypać cukrem pudrem.
Pączki od spodu wychodzą płaskie – ale to normalne, bo w końcu są pieczone na płaskiej blasze, a nie smażone w tłuszczu.



czwartek, 20 lutego 2014

Filety z udek kurczaka w ziołach toskańskich zapiekane z cebulą

Jakiś czas temu odkryłam, że w sprzedaży są filety z udek kurczaka i już nie muszę bawić się sama w trybowanie. Wystarczy je oczyścić, opłukać i są gotowe do zagospodarowania. Można z nich zrobić wiele potraw, ale ja dziś proponuję coś bardzo prostego. Udka z cebulą i ziołami. Ja użyłam ziół toskańskich i o dziwo to jedna z niewielu mieszanek, w których nie przeszkadza mi czosnek (bo przeważnie mi przeszkadza). W skład ziół toskańskich wchodzą: płatki pomidorów, sól jodowana, bazylia, czosnek, oregano, cebula i pietruszka. Co prawda nie miałabym nic przeciwko, gdyby tego czosnku w niej nie było, ale tragedii nie ma.
Oczywiście można użyć innych, ulubionych ziół. Mnie w tej mieszance bardzo odpowiada obecność suszonych pomidorów i trochę przeszkadza sól, ale po prostu nie używam jej dodatkowo. 


Składniki na 4 porcje:

8 filetów z udek kurczaka (bez skóry)
4 duże cebule
1 łyżka klarowanego masła albo 2 łyżki oleju
zioła toskańskie (u mnie z młynka Kotanyi) albo inne ulubione
pieprz
słodka czerwona papryka
chili
sól (opcjonalnie)


Filety z udek kurczaka oczyścić, opłukać, osuszyć papierowym ręcznikiem. Mięso oprószyć ziołami (ewentualnie solą – ja nie dodawałam, bo w młynku z ziołami już była), pieprzem, chili i słodką czerwoną papryką. Odstawić na 2 godziny do lodówki.
Cebulę obrać i pokroić w pół talarki. Piekarnik nagrzać do 175 stopni (u mnie termoobieg).
Na patelni rozgrzać łyżkę klarowanego masła albo dwie łyżki oleju, włożyć mięso na patelnię i na mocnym ogniu obsmażyć na rumiano z obu stron. Przełożyć do naczynia do zapiekania albo garnka, który można wstawić do piekarnika.
Na patelnię wrzucić cebulę, oprószyć ziołami, pieprzem i delikatnie podsmażyć. Cebulę rozłożyć na podsmażonym mięsie, wlać 2 - 3 łyżki gorącej wody, naczynie przykryć i wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec 40 minut.
Podawać z ulubionymi dodatkami. 


środa, 19 lutego 2014

Wyniki I etapu konkursu z marką Russel Hobbs


No i wszystko jasne, mamy wyniki I etapu konkursu z marką Russell Hobbs



Nagrodę główną – szatkownicę marki Russell Hobbs otrzymuje :

Monika Cudna 

za sakiewki z piersi kurczaka z niespodzianką
i tym samym przechodzi do II etapu, w którym powalczy o robot planetarny Desire.



Wyróżnienia i zestawy gadżetów otrzymują:

Paulina Zakrzewska
  za torcik cytrynowy:



Justyna Zalewska 
za tort z borówkami „Czekoladowa dekadencja”:



Agnieszka Strzęciwilk
 
za zagrychę u Zdzicha:



Serdecznie gratuluję :-)

poniedziałek, 17 lutego 2014

Curry z indyka w sosie kokosowym z ananasem

Kupiłam ostatnio dwa filety z indyka, jeden upiekłam, z drugiego postanowiłam zrobić coś po indyjsku, bo dawno tych smaków na stole nie było. Nie wykorzystałam jednak całego mięsa, część przeznaczyłam na galaretkę drobiową.
Przeglądałam książkę z recepturami na indyjskie dania i co przepis wpadł mi w oko, to okazywało się, że kilku produktów mi brakuje. I gdy tak wertowałam książkę, to doszłam do wniosku, że już tyle razy gotowałam po indyjsku, że może czas najwyższy na improwizację. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Idąc do kuchni zupełnie nie miałam pomysłu ani wizji na obiad. Powyciągałam, co było w szafce i stało się curry - i nieskromnie powiem, że jedno z lepszych jakie udało mi się przygotować. Na życzenie Zielonookiego upiekłam do tego curry chlebki naan, które robię z coraz większą wprawą, ale równie dobrze można podać to danie z ryżem. 


Składniki na 4 - 6 porcji:

1 kg mięsa z piersi indyka
1 puszka ananasów (ananasy + 4 łyżki soku)
1 puszka mleka kokosowego
2 duże cebule
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka świeżo tartego imbiru
2 laski cynamonu
4 ziarna zielonego kardamonu
½ łyżeczki soli
½ łyżeczki mielonego chili (można dać mniej, jeśli ktoś nie lubi pikantnych dań)
1 łyżeczka mielonego kuminu (kminu rzymskiego)
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka garam masala
½ łyżeczki mielonego kardamonu
200 ml przecieru pomidorowego (nie koncentratu!) – ja dałam przecier domowej produkcji, ale może być np. tomatera
1 pełna łyżka klarowanego masła
opcjonalnie 1 łyżka mazeiny (albo zwykłej mąki ziemniaczanej) + 3 łyżki zimnej wody


Mięso opłukać, osuszyć, oczyścić z błonek, pokroić w dużą kostkę. Cebulę i czosnek obrać. Czosnek przecisnąć przez praskę albo bardzo drobno posiekać, a cebulę pokroić w niezbyt grubą kostkę. Ananasa pokroić na kawałki.
W woku albo rondlu z grubym dnem rozgrzać łyżkę klarowanego masła, wrzucić przełamane na pół laski cynamonu i całe ziarna kardamonu. Smażyć 2 minuty, dodać cebulę i smażyć aż się lekko zrumieni. Dodać imbir, czosnek i przyprawy, wymieszać, a po minucie wrzucić mięso i smażyć razem 10 minut. Wlać przecier, sok ananasowy i mleko kokosowe. Dusić razem około 40 minut. Jeśli sos nie zgęstnieje odpowiednio to dodać łyżkę mazeiny rozrobionej w niewielkiej ilości zimnej wody.
Curry podawać z ryżem albo chlebkami naan.


niedziela, 16 lutego 2014

Pieczony filet z indyka (wędlina do chleba)

Co jakiś czas przygotowuję domową wędlinę. Raz jest to schab ze śliwkami, innym razem szynka gotowana w winie, szynka pieczona czy schab z pończochy. Filet z indyka w różnych odsłonach też się pojawia, jakiś czas temu była rolada z indyka. Dziś bardzo prosta wersja z podstawowymi przyprawami i odrobiną miodu, soczysta i pyszna. Niewiele pracy, a wiemy co jemy. 



Składniki:
filet z indyka (mój miał 850 g, ale spokojnie może być trochę większy)
sól
grubo mielony pieprz
słodka czerwona papryka
2 łyżki oleju (u z pestek winogron)
1 -2 łyżki płynnego miodu


Filet z indyka opłukać, dobrze oczyścić z błonek, osuszyć papierowym ręcznikiem. Posmarować olejem i oprószyć z obu stron solą, pieprzem, słodką czerwoną papryką (ja solę mało, za to pieprzu i papryki nie żałuję). Przełożyć do miski, przykryć folią spożywczą i wstawić na 24 godziny do lodówki.
Przygotować rękaw albo woreczek do pieczenia. Piekarnik nagrzać do 220 – 230 stopni. Zamarynowane mięso posmarować płynnym miodem (można użyć pędzla albo po prostu dłonią wmasować miód w mięso) i włożyć do woreczka do pieczenia. Zrobić dziurki (wykałaczka sprawdza się znakomicie). Zamknąć woreczek, całość ułożyć na blaszce i wstawić do gorącego piekarnika. Po 10 minutach, gdy wysoka temperatura zamknie pory mięsa, zmniejszyć temperaturę piekarnika do 165 stopni (góra – dół) i piec przez 45 minut. Wyciągnąć z piekarnika i zostawić na godzinę w woreczku, aby mięso odpoczęło. Następnie przełożyć na talerz i zostawić do całkowitego wystygnięcia, schłodzić w lodówce.



sobota, 15 lutego 2014

Potrawka z kurczaka na wytrawnie

Pozostając w temacie wykorzystania resztek rosołu i mięsa, na którym się gotował, proponuję potrawkę na wytrawnie. I choć osobiście wolę potrawkę w wersji słodko – kwaśnej z rodzynkami, która już na blogu jest, to spełniam prośbę Doroty i podaję wersję wytrawną.
Potrawka jest bardzo prosta i szybka do zrobienia. Właściwie potrzeba tyle czasu ile na ugotowanie ryżu. Ja do potrawki zawsze podaję marchewkę (często wykorzystuję tę z rosołu) albo marchewkę z groszkiem. Dla mnie to zestawienie idealne.


Składniki na 4 porcje:

mięso z rosołu (u mnie z 4 małych udek)
1 łyżka masła
1 czubata łyżka mąki pszennej (użyłam wrocławskiej)
1 żółtko z dużego jajka
4 łyżki śmietany kremówki
½ łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
¼ łyżeczki gałki muszkatołowej (najlepiej świeżo tartej)
sól (opcjonalnie – mój rosół był dosyć słony, więc nie dodawałam)


Mięso z rosołu oddzielić od kości i pokroić na mniejsze kawałki. Żółtko roztrzepać z 3 łyżkami zimnego rosołu i śmietaną. W garnku roztopić masło, dodać mąkę i energicznie wymieszać tworząc jasną zasmażkę. Powoli wlewać zimny rosół intensywnie mieszając (najlepiej rózgą), aby nie powstały grudki. Gotować przez około 10 minut często mieszając. Dodać roztrzepane żółtko i intensywnie wymieszać uważając aby się nie ścięło, gotować jeszcze chwilę.  Gdy sos zgęstnieje wsypać pieprz, gałkę muszkatołową i wymieszać. Spróbować i ewentualnie dosolić. Dodać pokrojone mięso kurczaka i zagotować.
Jeśli sos będzie zbyt rzadki to można dodać łyżeczkę mąki rozrobionej w niewielkiej ilości wody, ale wg mnie żółtko wystarcza.
Najlepiej smakuje z dodatkiem ryżu i gotowanej marchewki z groszkiem.

środa, 12 lutego 2014

Zupa koperkowa na rosole

Dosyć często gotuję lekki rosół drobiowy, bo oprócz tego, że bardzo lubię, to jest też bazą do wielu zup - szczególnie kremowych. Dotychczas zupę koperkową zawsze gotowałam „od podstaw”. Tym razem wykorzystałam rosół z dnia poprzedniego i okazało się, że koperkowa wyszła przepyszna. Myślę, że na zwykłym bulionie warzywnym byłaby równie smaczna.
Jako, że bardzo lubię zupy i jadam je często, to przygotowuję sobie bazy w postaci rosołu albo bulionu warzywnego. I jeśli ktoś mówi, że woli kostkę, bo nie ma czasu, to ja nie mogę się z tym zgodzić. Przygotowanie domowego bulionu wymaga od nas raptem kilku minut potrzebnych na obranie warzyw i wrzucenie ich do garnka z wodą. Potem bulion gotuje się sam, gdy my np. czytamy książkę, oglądamy film czy szperamy w internecie. Ja często gotuję go wieczorem, gdy wszystko w domu porobione. Polecam, bo taka baza do zupy jest najlepsza. 


Składniki na 4 porcje:

warzywa z rosołu (2 - 3 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera)
6 dużych ziemniaków
3 - 4 łyżki posiekanego koperku
4 łyżki słodkiej śmietanki (ja użyłam 12 %, ale może być każda inna)
1 czubata łyżeczka mazeiny albo mąki pszennej (np. wrocławskiej/poznańskiej)
1 łyżeczka cukru
sól i pieprz

Rosół zagotować. Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę i wrzucić do gorącego rosołu. Gotować około 15 minut do miękkości. Warzywa z rosołu pokroić w kostkę i wrzucić do garnka.
Koperek posiekać. Śmietanę dobrze rozprowadzić z mąką (ja używam małego zakręcanego słoiczka), wlać 2 – 3 łyżki gorącego bulionu, aby zahartować śmietanę. Całość wlać do garnka, wsypać 1 łyżeczkę cukru i zagotować. Spróbować i jeśli trzeba, to dosolić (mój rosół był wystarczająco słony). Wyłączyć, wsypać koperek i trochę świeżo mielonego pieprzu do smaku. Zostawić na 3 – 4 minuty, aby koperek się zaparzył. I gotowe. 


poniedziałek, 10 lutego 2014

„Wyprawy po przyprawy” - recenzja

Dzisiaj chcę się z Wami podzielić kolejną książką, która jakiś czas temu zagościła w mojej domowej biblioteczce. Autorzy książki - Stevie Parle i Emma Grazette, to przewodnicy z programu „Wyprawy po przyprawy” , którzy podróżują po całym świecie i szukają niepowtarzalnych smaków, zapachów i ciekawych przepisów, a książka pod tym samym tytułem jest efektem tych wypraw. 


Gdy odpakowałam ją z folii poczułam delikatny zapach cynamonu i już wiedziałam, że znajdę w niej coś niezwykłego. I nie pomyliłam się. Wewnętrzne strony okładki pachną cynamonem i ten zapach towarzyszy przy jej przeglądaniu i czytaniu - nie jest natarczywy, a delikatny i urzekający. 


Książka z pewnością nie należy do tych błyszczących, na których zawiesza się oko. Nie jest wydana na kredowym papierze i choć jest pełna zdjęć, to na pierwszy rzut oka nie robią wrażenia. Dopiero, gdy człowiek usiądzie z kubkiem kawy w ręce i zatopi się w książce, okrywa całą jej niepospolitość i niezwykłość. Książka ma twardą oprawę – u mnie to zawsze działa in plus i  dosyć gruby papier, przez co wydaje się nieco surowa. Jednak to idealnie współgra z treścią, surowością klimatu i otoczenia, w którym autorzy się poruszają.
Książka została podzielna na 6 rozdziałów – każdy poświęcony innej przyprawie i innemu krajowi. Podróż rozpoczynamy w Meksyku, który jest ojczyzną papryczki chili, zahaczamy o Grenadę i zrywamy kwiat muszkatołowy. Zanzibar wita nas zapachem goździków, a Turcja zaprasza na placuszki z cukinii z dodatkiem kminu rzymskiego. Indie czarują nas cudownym aromatem cynamonu, a Kambodża doprawia potrawy czarnym pieprzem.



Każdy rozdział to przygoda, a zaczyna się od podwójnego spojrzenia na dany kraj i daną przyprawę – z punktu widzenia Emmy i Stevie, poprzez poznanie ludzi mieszkających w danym miejscu. W każdym z rozdziałów można znaleźć kilkanaście smakowitych prostych przepisów (w całej książce jest ich 100), garść porad odnośnie używania przypraw, ich właściwości, stosowania w kuchni. A każdy rozdział kończy się informacjami o właściwościach leczniczych i zastosowaniach medycznych danej przyprawy. 


Ja, od tej książki nie mogłam się oderwać - czytałam, przeglądałam przepisy, porady i teraz zupełnie inaczej postrzegam przyprawy, bo jak mówi Stevie – „używanie przypraw nie polega na sporządzaniu wymyślnych mieszanek lub na precyzyjnym odmierzaniu podanych ilości, ale na ich rozgniataniu i dowolnym dorzucaniu do codziennych potraw, dzięki czemu dania stają się wyjątkowe”... Moja kuchnia zawsze pachniała przyprawami, ale po lekturze tej książki potrafię docenić całe ich bogactwo i dobrodziejstwo, które w sobie kryją. 


Zaznaczyłam sobie już karteczkami kilka przepisów do wypróbowania, więc pewnie będą pojawiały się co jakiś czas na blogu. To jedna z tych książek, których nigdy nie chciałabym się pozbyć, bo oprócz przepisów zawiera całe mnóstwo ciekawych informacji i cennych rad.
Czy polecam? Tak, z czystym sumieniem... jedna z najlepszych książek o tematyce kulinarnej, jakie w ostatnim czasie miałam okazję trzymać w rękach. I zdecydowanie miałabym ochotę na więcej... na wanilię, na kardamon, na imbir i wiele innych przypraw, które lubię, a które są niedoceniane albo pomijane. 


Książka wydana przez Wydawnictwo Pascal
Cena 54,90

Pizza hawajska na orkiszowym spodzie

Z dedykacją dla Moniki, która poprosiła o przepis.

Wczoraj był międzynarodowy dzień pizzy, więc dałam się skusić i przygotowałam swoją wersję. Na bazie mojego ulubionego przepisu zrobiłam pizzę z mąki orkiszowej jasnej i myślę, że od tej pory właśnie takiej mąki będę używać. Pizza wyszła cieniutka, z puszystymi brzegami, chrupiąca i miękka jednocześnie. Można ją jeść ręką, bo środek nie opada – oczywiście pod warunkiem, że nie będzie na górze nadmiaru dodatków. Jest tylko nieznacznie ciemniejsza niż pizza z mąki pszennej czy chlebowej. Dodatki oczywiście zawsze wg uznania. Robię pizzę niezwykle rzadko, ale jeśli już to dla siebie przeważnie z szynką i ananasem. Zielonooki lubi na bogato, z różnymi dodatkami. Jedną taką pizzą spokojnie najedzą się dwie osoby.


Składniki na dwie mniejsze albo jedną dużą pizzę:

250 g mąki orkiszowej jasnej (użyłam typ 630)
¼ szklanki* ciepłego mleka
około ½ szklanki wody
1 łyżeczka cukru
½  łyżeczki soli
10 g świeżych drożdży
1 łyżka oliwy

Sos pomidorowy:
½ puszki krojonych pomidorów
1 mała cebulka
1 ząbek czosnku
½ łyżeczki bazylii
½ łyżeczki oregano
¼ łyżeczki soli
¼ łyżeczki pieprzu
½ łyżeczki cukru
1 łyżeczka oliwy

Dodatkowo:
kilka plastrów szynki
½ puszki ananasa w kawałkach
tarta mozzarella – ilość wg uznania
ulubione zioła – u mnie zioła włoskie w młynku Kotanyi

*używam szklanki o pojemności 250 ml


Najpierw przygotować sos. Cebulę i czosnek obrać. Cebule pokroić w bardzo drobną kostkę, a czosnek przecisnąć przez praskę albo bardzo drobno posiekać. Pomidory zmiksować. W małym rondelku rozgrzać oliwę i zeszklić na niej cebulę, dodać czosnek, wlać zmiksowane pomidory, wsypać sól i gotować kilkanaście minut, aż sos zrobi się bardzo gęsty, wsypać pieprz, zioła i cukier. Wymieszać i spróbować – jeśli trzeba doprawić wg własnego uznania (mnie taka wersja odpowiada).
Z drożdży, cukru i 2 łyżek ciepłego mleka zrobić zaczyn i odstawić na 15 minut do wyrośnięcia. Do misy przesiać mąkę, wsypać sól i wymieszać. Dodać oliwę, resztę mleka i wyrośnięty zaczyn. Wlać ¼ szklanki wody (resztę zostawić) i wyrobić ciasto, a jeśli będzie zbyt suche dolać resztę wody. Ciasto musi być bardzo dobrze wyrobione, więc jeśli dysponujecie robotem to zagońcie go do pracy (mój robot wyrabiał ciasto około 8 minut). Wyrobione, gładkie ciasto przełożyć do miski i przykryć ściereczką. Zostawić na 30 minut do wyrośnięcia – ciasto nie musi mocno wyrosnąć, ale musi odpocząć. Wyrośnięte ciasto rozciągnąć w rękach i przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (można podzielić na 2 części i zrobić dwie mniejsze okrągłe pizze).
Piekarnik nagrzać do 220 stopni (góra – dół). Ciasto posmarować przygotowanym sosem – nie za grubo. Ułożyć szynkę i ananasa. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec około 10 minut. Wyciągnąć, posypać tartym serem, oprószyć ziołami i ponownie wstawić do piekarnika na 3-5 minut (ja wyciągnęłam po 3 minutach, bo nie lubię, gdy ser jest spieczony). Pokroić na kawałki i gotowe. 



niedziela, 9 lutego 2014

Frittelle di Carnevale czyli włoskie pączki nadziewane kremem

Gdy Kasia podesłała do konkursu przepis na włoskie pączki z ciasta parzonego nadziewane kremem od razu wiedziałam, że je zrobię. Przepis bardzo podobny do gniazdek, które moja rodzinka bardzo lubi, więc nie miałam żadnych wątpliwości, że i te ciastka znajdą uznanie.
Są uzależniające... pyszne i robi się je bardzo przyjemnie, choć trzeba sobie trochę czasu na ich przygotowanie zarezerwować. Dobrze jest rozłożyć pracę na 2 dni – jednego dnia wieczorem ugotować krem, a drugiego przygotować i usmażyć pączki. Czas studzenia wtedy nie ma znaczenia i cały proces przebiega sprawniej. Ja robiłam wszystko jednego dnia i zajęło mi to jakieś dwie godziny. 
Przepis Kasi wykorzystałam bez wielkich przeróbek. Jedynie do kremu dodałam odrobinę więcej mąki, bo wiedziałam, że później rozrzedzę go nieco ajerkoniakiem. Małych dzieci u nas nie ma, więc mogłam sobie na to pozwolić. Zrezygnowałam też z rodzynków i wszystkie pączki wypełniłam kremem. Do ciasta nie dodałam cukru, bo zapomniałam. Ale skoro do gniazdek nie dodaję to tu również nie był potrzebny. Ciastka z dodatkiem cukru szybciej się rumienią, bo cukier się karmelizuje, a tak wyszły jaśniutkie i w sumie moje zapominalstwo zrobiło pączkom dobrze. Przepis podaję w takiej wersji w jakiej ja zrobiłam, a po oryginał odsyłam  na blog Kasi


Składniki na dwa spore talerze pączków:

ciasto:
200 g mąki pszennej (użyłam tortowej)
250 ml wody
50 g masła
szczypta soli
¾ łyżeczki proszku do pieczenia (można pominąć, choć w przepisie Kasi jest)
½ łyżeczki ekstraktu cytrynowego (można dać olejek cytrynowy)
4 – 5 jajek (dałam 4 duże jajka o wadze 75 g)

krem:
2 żółtka z dużych jajek
1 całe duże jajko
125 g drobnego cukru do wypieków
80 g mąki pszennej (dałam wrocławską typ 500)
500 ml mleka (dałam 2 %)
skórka otarta z 1 cytryny albo kilka kropli olejku cytrynowego
5 – 7 łyżek adwokata albo bombardina (dałam ten drugi, bo adwokat wyszedł)

dodatkowo:
cukier puder do oprószenia pączków
olej do smażenia (u mnie 1 l oleju rzepakowego)


Przygotować ciasto. Mąkę przesiać i wymieszać ją z proszkiem do pieczenia. Do garnka wlać wodę, włożyć masło i wsypać szczyptę soli. Zagotować. Na gotującą się wodę wsypać szybkim ruchem mąkę z proszkiem do pieczenia i energicznie mieszać (najlepiej drewnianą łyżką) aż ciasto będzie lśniące, gładkie i będzie odchodzić od garnka tworząc jedną całość. Zestawić z ognia i zostawić do wystygnięcia (ja od razu przełożyłam do misy robota Chef Titanium Kenwood). Gdy ciasto ostygnie dodać ekstrakt cytrynowy, wbijać po jednym jajku i miksować do uzyskania gładkiej masy (nie dodawać wszystkich jajek naraz, bo ciężko będzie to rozetrzeć). Ciasto powinno być dosyć gęste.
Olej rozgrzać do temperatury 175 stopni (jeśli nie mamy termometru to wrzucić odrobinę ciasta – jeśli od razu zacznie skwierczeć i wypłynie to olej jest wystarczająco rozgrzany). Z pomocą 2 małych łyżeczek formować nieduże kuleczki i wkładać je na rozgrzany olej (można łyżeczkę zanurzyć w gorącym oleju, będzie łatwiej). Kuleczki muszą być naprawdę niewielkie, bo bardzo mocno rosną. Ja pierwszą partię zrobiłam w wersji big, bo choć wydawało mi się, że daję niewielkie porcje ciasta, to bardzo szybko rosły i po kilku chwilach wypełniły mi cały garnek. Pączki smażyć około 6 minut na złoty kolor. W trakcie smażenia same się powinny przewracać, ale jeśli są oporne to trzeba im pomóc np. patyczkiem do szaszłyków. Usmażone przełożyć na bibułę albo ręcznik papierowy, odsączyć z tłuszczu, wystudzić.


W czasie gdy ciasto stygnie przygotować krem (o ile nie zrobiło się tego dzień wcześniej). Do mleka wrzucić skórkę cytrynową i mocno je podgrzać na wolnym ogniu, ale nie doprowadzać do wrzenia. Z jajka, żółtek i cukru utrzeć kogel -mogel, cukier powinien się całkowicie rozpuścić. Można to zrobić w salaterce albo od razu w garnku (ja wykorzystałam pojemnik blendera, bo tak było mi wygodnie). Utarte jajka przełożyć do garnka, wsypać mąkę i wymieszać. Mleko przecedzić przez gęste sitko, aby usunąć skórkę cytrynową i wlać je wolnym strumieniem do masy jajecznej, cały czas mieszając. Postawić ganek na gazie i gotować, ciągle mieszając, na wolnym ogniu przez około 5 minut, aż masa zgęstnieje. Początkowo może się wydawać, że robią się kluski, ale gdy całość zgęstnieje będzie gładka i aksamitna.
Gdy masa będzie wystarczająco gęsta zostawić do wystygnięcia. Można ten proces przyspieszyć wstawiając garnek do zlewu albo miski z bardzo zimną wodą. W czasie stygnięcia masę trzeba kilka razy wymieszać, aby nie zrobił się twardy kożuch. Do ostudzonego kremu dodawać po 1 łyżce adwokata i ucierać, aż do uzyskania pożądanej konsystencji – krem nie może być zbyt gęsty, bo będzie problem z nadziewaniem gotowych pączków, ale nie może być też lejący. Ja dałam 6 łyżek alkoholu. Jeśli nie używamy alkoholu to krem należy rozrzedzić ciepłym mlekiem dokładnie w ten sam sposób (można dodać trochę soku z cytryny).
Usmażone, ostudzone pączki nadziewać przygotowanym kremem – idealna będzie szpryca z długą końcówką. Gotowe oprószyć cukrem pudrem. 





Ja do smażenia wykorzystałam garnek ceramiczny Eala firmy Neoflam (muszę go przetestować na wszelkie możliwe sposoby) - sprawdził się bardzo dobrze, nic mi się nie przypalało i wszystkie pączki usmażyły równo. Można oczywiście wykorzystać rondel albo głęboką patelnię z grubym dnem, czyli to co mamy pod ręką.
Mówiąc o szprycy z długą końcówką mam na myśli coś takiego: