Strony

niedziela, 27 grudnia 2015

Kaczka faszerowana kaszą gryczaną, jabłkami i żurawiną pieczona w garnku rzymskim

Tuż przed świętami dostałam prezent od Basi - jednej z czytelniczek bloga. Był to garnek rzymski. Co prawda miałam w życiu etap, że chciałam go mieć, potem poczytałam o tym, że nie myje się go detergentami i jakoś tak mi skrzydełka opadały, no bo jak umyć garnek po pieczeniu mięsa samą wodą? Jak go doprowadzić do stanu używalności, gdy coś się przypiecze? Poza tym trochę mnie ograniczała mała kuchnia i brak miejsca na upchanie kolejnego garnka.
Ale dostałam i trzeba było się z nim zmierzyć. Więc poszperałam, przeczytałam chyba wszystko, co przeczytać się dało i postanowiłam podjąć wyzwanie i upiec w nim kaczkę. Jak pomyślałam tak zrobiłam. I co? No i kaczka wyszła idealna, soczysta i z chrupiącą skórką, którą Zielonooki uwielbia.
Ja nie jestem fanką kaczki, zdecydowanie wolę gęś czy indyka, ale Zielonooki bardzo lubi kaczkę, więc dlaczego nie miałabym mu zrobić przyjemności i jej przygotować.
Garnek rzymski trzeba przed pierwszym użyciem namoczyć, umyć ciepłą wodą i zostawić do wyschnięcia, a potem przed każdym pieczeniem namoczyć w zimnej wodzie. Więcej o samym garnku, jego zaletach i ewentualnych wadach postaram się napisać, gdy już go trochę poużywam, bo na razie moja wiedza jest raczej teoretyczna niż praktyczna. Ale to się z pewnością zmieni, bo mięso wyszło idealne.
Kaczka nie ma na sobie bardzo dużo mięsa, więc takim 2 kilogramowym ptaszydłem najedzą się 4 dorosłe osoby.


Składniki na 4 porcje:

1 kaczka o wadze 2 – 2,2 kg (moja ważyła 2 kg) bez podrobów
200 g palonej kaszy gryczanej
1 łyżeczka świeżego masła +1 i ¾ szklanki wody albo bulionu drobiowego albo warzywnego
2 duże (350 g) kwaśne jabłka (najlepiej szara reneta)
70 g suszonej żurawiny (moja była słodzona)
4 łyżki mioduli, nalewki na miodzie albo jakiegoś innego słodkawego alkoholu wg uznania, np. nalewki pigwowej (ważne, aby alkohol był jasny)
1 duża (200 g) cebula
1 łyżka masła
sól, pieprz,
słodka czerwona papryka
chili
majeranek

bejca: 2 łyżki konfitury pomarańczowej + 2 łyżki mioduli albo koniaku


Kaczkę oczyścić, odciąć szyję i ewentualnie skrzydełka, zostawiając tylko tę część przy korpusie (ja skrzydeł nie odcinałam, a szyję zostawiłam do rosołu). Oczyszczoną kaczkę włożyć do miski i przygotować solankę. W 2 litrach wody rozpuścić 2 łyżki soli i zalać tym roztworem mięso (powinno być przykryte, jeśli wody jest za mało, to przygotować jeszcze jedną porcję). Wstawić na 12 godzin do lodówki (najlepiej zrobić to rano i zostawić do wieczora). Wymoczoną kaczkę wyjąć z solanki. Posypać ją solą, pieprzem, chili i dosyć obficie słodką czerwoną papryką. Środek kaczki natrzeć solą i sporą ilością majeranku. Przykryć folią spożywczą i wstawić do lodówki na całą noc.
Kaszę gryczaną ugotować na sypko. 1 i ¾ szklanki wody (albo bulionu) zagotować z ½ łyżeczki soli i 1 łyżeczką masła. Gdy woda się zagotuje wsypać opłukaną pod bieżącą wodą kaszę, doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ognień i gotować około 5 minut (nie mieszać!). Wyłączyć, zostawić pod przykryciem na około 15 – 20 minut, aż kasza wchłonie cały płyn. Przemieszać widelcem. Można oczywiście również ugotować kaszę w woreczkach wg instrukcji na opakowaniu.
Cebulę i jabłka obrać, cebulę pokroić w drobną kostkę, a jabłka w grubą. Żurawinę zalać 4 łyżkami mioduli (albo innego alkoholu). W rondlu albo głębokiej patelni rozgrzać łyżkę masła. Wrzucić pokrojoną cebulę i smażyć 3 – 4 minuty, aż cebula zmięknie i zacznie się lekko rumienić. Dodać jabłka i razem dusić 2 minuty. Dodać namoczoną żurawinę, razem z resztą alkoholu, którego nie wciągnęła. Wymieszać, wsypać ¼ łyżeczki soli, ½ łyżeczki czarnego pieprzu, szczyptę chili, 1 dużą łyżkę roztartego w dłoniach majeranku i dusić razem jeszcze 2 minuty. Dodać ugotowaną kaszę, wymieszać i spróbować – jeśli trzeba dodać soli, pieprzu czy chili do własnego smaku. Odstawić do przestygnięcia.
Kaczkę wyciągnąć z lodówki, nadziać ją przygotowanym farszem (do mojej kaczki weszła cała porcja farszu). Spiąć wykałaczkami namoczonymi w wodzie (mniej więcej przez 10 minut).
Jeśli używamy garnka rzymskiego należy go namoczyć w zimniej wodzie przez mniej więcej 20 – 25 minut (garnek i pokrywę). Przygotowane ptaszydło włożyć do garnka, przykryć pokrywą i wstawić do zimnego piekarnika, który nastawić na temperaturę 200 stopni (termoobieg) albo 220 (góra – dół). Po 45 minutach zmniejszyć temperaturę do 160 stopni (termoobieg) albo 175 (góra – dół) i piec przez kolejną godzinę pod przykryciem. Garnek wyciągnąć z piekarnika, odlać większość płynu, który się wytworzył. Konfiturę rozmieszać z miodulą (albo innym alkoholem) i tak przygotowaną bejcą posmarować całą kaczkę. Wstawić ją ponownie do piekarnika, ale już bez przykrycia i piec jeszcze około 20 - 25 minut, aż się ładnie zrumieni i skórka zrobi się chrupiąca – można włączyć opiekacz albo grill, ale wtedy trzeba pilnować, aby mięso się za bardzo nie spiekło. 

W przypadku braku garnka rzymskiego można użyć naczynia żaroodpornego posmarowanego masłem i postępować dokładnie tak samo. Czas pieczenia w obu przypadkach będzie podobny – jeśli mamy kaczkę mniejszą niż 2 kg, to czas pieczenia można skrócić do 90 minut, w przypadku większej – 3 kg, czas należny nieco wydłużyć.
Upieczoną kaczkę zostawić na 10 minut, aby odpoczęła, przełożyć na półmisek (albo i nie), podawać np. z buraczkami na ciepło, z surówką z pieczonych buraków albo modrą kapustą z jabłkami. 




Kilka najważniejszych informacji dotyczących garnka rzymskiego, które warto zapamiętać (dobre rady chętnie przyjmę i dopiszę, każda cenna):

- przed pierwszym użyciem garnek należy namoczyć w zimnej wodzie, a następnie umyć ciepłą wodą, bez użycia detergentów
- przed każdym użyciem garnka należy go namoczyć razem z pokrywą w zimnej wodzie - czas moczenia zależy od tego jak długi będzie proces pieczenia, garnek namacza się przez 15 - 30 minut
- garnek można wyłożyć papierem do pieczenia/gotowania, będzie łatwiej go umyć, ale nie jest to konieczne, a zalecane jedynie w przypadku pieczenia ryb czy intensywnie barwiących warzyw (np. buraków)
- garnek wstawiać zawsze do zimnego piekarnika
- gorący garnek stawiać zawsze na drewnianej desce albo grubej ściereczce, aby nie stykał się bezpośrednio z zimnym blatem, bo może pęknąć
- nigdy nie wlewać zimnych płynów do gorącego garnka
- garnek przed umyciem powinien przestygnąć, powinien być jeszcze ciepły ale nie gorący - na tyle, aby swobodnie można było go chwycić gołymi rękoma
- brudny garnek umyć gorącą wodą bez użycia detergentów - jeśli jest przypalony wystarczy wlać wodę i zostawić na pół godziny, a potem z pomocą czystej ściereczki usunąć zabrudzenia, do mycia można używać sody oczyszczonej albo soku z cytryny bez miąższu
- umyty garnek zostawić do wyschnięcia w przewiewnym miejscu (nie chować do szafki aż zupełnie nie wyschnie)
- potrawy w garnku rzymskim pieką się w wilgotnym powietrzu, w parze wodnej, która uwalnia się ze ścian namoczonego wcześniej garnka, dzięki czemu potrawy wychodzą soczyste i chrupiące
- po mniej więcej 100 użyciach garnek należy wypełnić wodą, wstawić do zimnego piekarnika, ustawić temperaturę na 200 stopni i wygrzać garnek doprowadzając wodę do wrzenia (czas procesu około 30 minut), a następnie wylać wodę, po ostygnięciu opłukać garnek ciepłą wodą i zostawić do wystygnięcia
- garnek w trakcie używania ma prawo zmieniać swoją barwę od soków mięs czy warzyw, ale nie ma to wpływu na jego działanie.

niedziela, 20 grudnia 2015

„Sprytna kuchnia czyli kulinarna ekonomia” Jana Kuronia

Jasiek wydał książkę, a ja przeczytawszy kilka opinii o niej postanowiłam, że chcę tę pozycję zobaczyć, przejrzeć, że chcę ją mieć. Poszłam do jednej księgarni – nie było, potem do drugiej, gdzie okazało się, że na stanie powinny być trzy egzemplarze, a pan sprzedawca przeszukał sklep i nie znalazł ani jednego, a oprócz mnie jeszcze jedna pani była gotowa na ten zakup. No cóż... pomyślałam, że jeśli nie znajdę, to zamówię i po prostu odbiorę w Empiku. Aż tu któregoś dnia trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno – jeden jedyny egzemplarz wpadł mi w ręce i już go nie puściłam. Kupiłam i po wieczorze w towarzystwie Jaśka, wiedziałam, że to były najlepiej wydane pieniądze tego dnia. 


Oczywiście mogłam napisać do wydawnictwa i pewnie nie byłoby kłopotu z egzemplarzem recenzenckim. Ale ja już tak mam, że jak chcę książkę, to idę do księgarni i kupuję. Bardzo sporadycznie przyjmuję egzemplarze recenzenckie, bo wtedy w jakiś sposób czuję się zobligowana do napisania dobrze albo przynajmniej neutralnie. Owszem, zdarzyło mi się kilka razy coś zrecenzować, ale żadnego wyboru nie żałowałam, tylko jednego tekstu nie puściłam na prośbę wydawnictwa. No cóż, o gustach trudno dyskutować... A tak, jak zapłaciłam, to i mogę napisać, co mi w duszy gra.
A w przypadku „Sprytnej kuchni” mi gra, oj gra...
To najlepsza pozycja jaką w ciągu ostatnich miesięcy miałam w rękach - naprawdę świetna. Dobrze zredagowana, pięknie wydana, a przede wszystkim doskonale napisana. Większość książek kulinarnych po prostu przeglądam, czasem na czymś się zatrzymam i pomyślę: „o, to wypróbuję” i często wypróbowuję, ale chyba nigdy nie zdarzyło mi się przeczytać książki kulinarnej jak dobrej powieści (no może poza Julią Child, której książkę chłonęłam jak gąbka wodę). 


„Sprytna kuchnia” to nie tylko książka kulinarna, to kawałek życia i jednocześnie sposób na życie, które w dużej mierze kręci się dookoła kuchni.
Od wielu lat stosuję w swojej kuchni kulinarną ekonomię, więc nie mogę powiedzieć, że wiele rad Jaśka to dla mnie coś nowego, ale z pewnością przypomnienie i utrwalenie znanych zasad. Jednak dla osób, które zaczynają swoją przygodę z gotowaniem albo najzwyczajniej w świecie nie ogarniają nadprogramowych zakupów i korzystania z produktów, które mają w domu, to świetny przewodnik w drodze do ekonomicznej kuchni i oszczędzania. Jasiek zaczyna od podstaw, czyli od sprzętu jaki w kuchni jest niezbędny (dla młodych gospodyń wiedza jak znalazł), ale również w kapitalny sposób pokazuje jak kupować i przechowywać żywność, jak planować posiłki i wykorzystywać w potrawach to, co nam zostaje. Poza tym przypomina o tym, że kupowanie lokalnie sezonowych produktów to jest to, o co w sprytnej kuchni chodzi. 




Oprócz dobrych rad, których naprawdę w książce nie brakuje, jest też sporo ciekawych, prostych przepisów, które są przygotowane z łatwo dostępnych produktów. A same przepisy są napisane tak jak lubię – prostym językiem, w sposób zrozumiały, jasny i klarowny. W jednym z przepisów na pasztet z kaczki z żurawiną i porto, zabrakło w składnikach kaczki... ale to pewnie mały błąd edytorski. Wiadomo, że w pasztecie z kaczki, kaczka musi być.
Co prawda ja wolę przepisy podawane w formie bezokolicznika: np. zagotować, obrać, umyć, pokroić itp. Ale to akurat moja fanaberia i ani trochę nie umniejsza jakości tej książki. Ona jest po prostu ŚWIETNA. 



Ostatnia część książki – ta słodka, jest przygotowana przez Anetę – żonę Jasia. Podstawowe przepisy na klasykę, czyli coś, czego brakuje wielu osobom zaczynającym swoją przygodę z gotowaniem i pieczeniem. Dobrze opanowane podstawy są przepustką do dalszego, świetnego gotowania.



Jeśli ktoś chce nauczyć się oszczędniej gospodarować, mniej wydawać na jedzenie i go nie marnować, a przy okazji poznać naprawdę fajne przepisy, to niech zrobi sobie prezent... Z pewnością kwota wydana na tę pozycję zwróci się podczas tygodniowych/miesięcznych zakupów.
Wg mnie taką pozycję powinna dostawać w prezencie każda osoba, która rozpoczyna życie na swoim, aby od razu szła dobrą drogą i zrozumiała fenomen kulinarnej ekonomii. Po co uczyć się na swoich błędach, skoro można na cudzych?
Brawo Jasiek, brawo Aneta - dobra robota.


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Uszka z grzybami

Raz do roku biorę się za ich lepienie, choć i tak twierdzę, że to robota głupiego, bo to zajęcie dosyć czasochłonne. Ale cóż, jak część rodziny nie chce jeść grzybowej, a barszcz czerwony, to uszek nalepić trzeba.
Próbowałam już różnych metod i różnych farszy (z kapustą i grzybami, z dodatkiem warzyw), ale w końcu osiągnęłam to, o co mi chodziło i praca jakoś idzie. Kiedyś robiłam uszka z krążków wycinanych kieliszkiem. O nie, już nie ta cierpliwość, a i paluszki nieco za grube, aby zwinąć maleńkie uszko. Wzięłam się na sposób i robię z kwadratów o boku około 4 - 4,5 cm. Idzie znacznie szybciej, a i resztek ciasta do ponownego zagniatania zostaje niewiele. Mnie ta metoda pasuje i przy niej zostanę. Czasem jedno uszko wyjdzie mniejsze, drugie większe, ale kto by się tym przejmował. W końcu nie nadają się do niczego innego, jak tylko do jedzenia. Ambicji, aby było jedno w jedno, to ja nie mam. 


Składniki na około 120 - 150 uszek (ilość zależy oczywiście od wielkości):

Ciasto:
3 szklanki* (około 500g) mąki pszennej – u mnie jak zawsze do pierogów mąka poznańska typ 500
około 1 i ¼ szklanki* (315 ml) wrzącego mleka albo wody
½ łyżeczki miałkiej soli

Farsz:
100 - 120 g suszonych grzybów (u mnie borowiki i podgrzybki)
1 duża albo 2 mniejsze cebule (około 200 g)
1 liść laurowy
sól, świeżo mielony pieprz
szczypta pieprzu cayenne (można pominąć, ale ja dodaję dla bardziej pikantnego smaku)
czubata łyżka świeżego masła
opcjonalnie można dodać szczyptę mielonego kminku (ja nie dodaję)

*używam szklanki o pojemności 250 ml


Przygotowanie uszek trzeba zacząć od zrobienia farszu. Grzyby zalać zimną wodą. Odstawić na 10 minut i odcedzić, ponownie zalać wodą, wrzucić liść laurowy i zostawić na noc. Na drugi dzień, gdy napęcznieją ugotować do miękkości w wodzie, w której się moczyły (mniej więcej 20 – 30 minut od zagotowania). Odcedzić, wywar zostawić**, liść laurowy wyciągnąć i wyrzucić. Grzyby zostawić do wystygnięcia, a następnie zemleć przez maszynkę na sicie o średnich oczkach albo drobno posiekać (ja mielę). Cebulę pokroić w bardzo drobną kostkę, na patelni rozpuścić masło, wrzucić posiekaną cebulę i smażyć na małym ogniu przez około 10 minut, aż cebula będzie szklista i miękka, ale nie przypieczona. Dodać grzyby, wsypać około ¾ małej płaskiej łyżeczki soli, ½ łyżeczki świeżo mielonego pieprzu, szczyptę pieprzu cayenne i smażyć razem 2 – 3 minuty, aż nadmiar płynu z grzybów odparuje (farsz powinien być dosyć zwarty). Spróbować i ewentualnie doprawić jeszcze solą i pieprzem do własnego smaku. Farsz powinien być dosyć wyrazisty. Przełożyć do miski, odstawić na bok i przygotować ciasto.
Do miski przesiać mąkę, wymieszać ją z solą. Wlać wrzące mleko albo wodę. Na powierzchni utworzy się powłoczka z zaparzonej mąki. Zostawić na 2 – 3 minuty i wyrobić gładkie ciasto z pomocą robota / miksera (jeśli ręcznie, to trzeba chwilę dłużej odczekać, aby się nie poparzyć). W razie potrzeby dolać trochę mleka albo podsypać niewielką ilością mąki (mąka mące nierówna, jedna chłonie bardziej, inna mniej). Ciasto włożyć do woreczka i zostawić na 10 – 15 minut, aby sobie odpoczęło.
Połowę ciasta rozwałkować na cienki placek, w trakcie wałkowania podsypywać mąką, aby się nie przylepiło do stolnicy czy blatu. Radełkiem albo nożem pociąć ciasto w kwadraty o boku 4 - 4,5 cm (można w mniejsze, wtedy i uszka będę mniejsze). Na każdym kwadracie ułożyć niewielką ilość farszu. Zlepić przeciwległymi rogami i docinać dokładnie brzegi – wyjdzie trójkątny pierożek, którego końce nałożyć na siebie i dobrze skleić (ja to robię na palcu). Z drugą częścią ciasta postąpić w taki sam sposób.
Uszka można od razu ugotować w osolonej wodzie albo przygotować do mrożenia: ułożyć na tacy wyłożonej folią spożywczą i delikatnie oprószoną mąką i wstawić do zamrażarki. Mniej więcej po godzinie można przełożyć z tacy do woreczka na mrożonki i umieścić w zamrażarce.
Oczywiście można uszka wstępnie podgotować i takie zamrozić, ale dla mnie to zupełnie niepotrzebna robota, brudzenia garnka, durszlaka, studzenie itp. Ale jak to mawiają: nic co dozwolone nie jest zabronione, więc każdy robi jak chce i jak mu wygodnie. 

**Wywar z gotowania grzybów można wykorzystać do przygotowania barszczu, wtedy już nie trzeba dodawać grzybów, z którymi potem nie wiadomo co zrobić, jeśli uszka przygotujemy wcześniej. Ja wlewam wywar do woreczka do kostek lodu i zamrażam. Potem kostki przekładam do pudełka albo woreczka i wykorzystuję do barszczu, do sosów. Do barszczu wykorzystuję tylko kilka kostek, bo wywar grzybowy jest dosyć mocny. 




wtorek, 8 grudnia 2015

Drugie warsztatay z marką FRoSTA

Gdy na początku listopada dostałam zaproszenie na warsztaty z marką FRoSTA, to nie do końca wiedziałam, czy chce mi się tłuc 4 godziny w jedną stronę, aby przez 3 godziny pogotować.
Ale przekonały mnie dwie rzeczy – to, że poprzednie warsztaty organizowane przez tę markę były naprawdę inspirujące i czegoś się na nich nauczyłam i to, że te miał prowadzić Tomasz Jakubiak, którego programy zawsze lubiłam oglądać, a nie miałam okazji go wcześniej poznać.
Przy okazji otrzymałam bardzo oryginale w formie zaproszenie. 


Tak więc w sobotni poranek 21 listopada wyruszyłam do Warszawy na warsztaty, które odbyły się Studiu Kulinarnym SmArt Studio w Warszawie przy ulicy Hożej. 


Warsztaty zaczęły się z lekkim opóźnieniem, ale niestety złośliwość rzeczy martwych dotyka czasem każdego z nas, tym razem dotknęła naszego prowadzącego. 


Ale przecież nic się nie stało, bo mogliśmy pogadać z innymi blogerami. Fajnie było spotkać dawno nie widziane osoby i poznać nowe – wśród nich Paulinę z bloga Jazzowe Smaki, która okazała się niezwykle fajną babką i z którą miałam przyjemność gotować i plotkować przy jednym stole.
Na początku krótka prezentacja nowości od Frosty, wśród których można znaleźć nowe mieszanki warzyw, takie jak: soczewica z ziemniakami, marchewką w maśle z dzikim czosnkiem, kalarepa z brokułem w maśle z dzikim czosnkiem, pieczarki z cebulą w maśle z tymiankiem i mój zdecydowany faworyt czyli bataty z marchewką w maśle z rozmarynem. Szkoda, że nie mogę ich nigdzie dostać. 






Po krótkiej prezentacji zostaliśmy podzieleni na kilka grup, każdą zarządzał jeden kucharz, pod okiem którego przygotowaliśmy swoje dania. Ja trafiłam do grupy, która zajęła się przygotowaniem lazanii z batatami, karmelizowanymi porami z chrzanem oraz sałatki ze smażonych pieczarek. 

Było nas w sumie pięć i kucharz Bartek, z którym fajnie się współpracowało. Dwie z nas zajęły się przygotowaniem świeżego ciasta z semoliny, a trzy pozostałe warzywami – Dorota była niezrównana w tarciu chrzanu – ani łezki nie uroniła, Paulina okazała się mistrzynią w mieszaniu, a ja skromnie przygotowywałam poszczególne warzywa i składałam lazanię... 




Ale najfajniejsze i tak było próbowanie czy aby nie trzeba dodać jeszcze sera czy może wina albo pieprzu, a nasze kieliszki winem się wypełniły i gadało nam się przy robocie bardzo przyjemnie. 


Po przygotowaniu lazanii i sałatki, zostało nam jeszcze trochę warzyw i innych składników, co zainspirowało nas do wspólnego stworzenia pieruńsko ostrego sosu. Podobno gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść, ale nas było czworo i sos, którego nie było w planie okazał się hitem.
Nasza lazania z sałatką z pieczarek i pikantnym sosem:


Dania przygotowane przez pozostałe grupy to:

Chrupiące kulki z ziemniaków i łososia z sosem ziołowym oraz chipsy z kalarepy – przepyszne i ładne danie. 




Dorsz w kruszonej bułce na czarnej soczewicy, w pomidorach i pieczonym czosnku, podany z jajkiem poche (w koszulce) z topinamburem – tu chyba wyszło coś nieco innego niż zostało zaplanowane, ale podobno było pyszne – ja niestety nie próbowałam. 



Dorsz smażony w ziołowym maśle z soczewicą z serami pleśniowymi, podany z sosem jabłkowo – waniliowym i chipsami z batatów. Niestety nie udało mi się sfotografować dania, więc zdjęcie zrobione przez fotografa od Frosty.


Warsztaty zakończyły się wspólnym kosztowaniem naszych potraw, każde z dań miała w sobie coś ciekawego, coś intrygującego. Mnie najbardziej smakowały kulki z ziemniaków i łososia i nasza lazania z batatami i karmelizowanymi porami.
Trzy godziny szybko minęły, a ja nauczyłam się, że lazanię można zrobić praktycznie z wszystkim i na wiele sposobów. Przy tym wszystkim dobrze się bawiłam. Szkoda, że nie udało mi się zamienić słowa z Tomaszem Jakubiakiem, ale był tak oblegany, że trudno było się dopchać. Kto wie, może kiedyś jeszcze będzie okazja się spotkać i wspólnie coś ugotować.
Dziękuję marce FRoSTA za zaproszenie na warsztaty, bo to był naprawdę fajnie i twórczo spędzony czas. 


Część zdjęć podpisanych jako "materiały Frosta" zostały wykorzystane przeze mnie za zgodą firmy. A Bartkowi (mężowi Pauliny) pięknie dziękuję za zdjęcie grupowe.

środa, 2 grudnia 2015

Gofry II

Przepisów na gofry jest dużo. Sama wypróbowałam ich chyba kilkanaście, najwierniejsza byłam dotychczas gofrom z przepisu od Anety, który jest na blogu. Ale nie wiem, czy ich nie zdradzę na rzecz tych dzisiejszych. Przepis dostałam od mamy koleżanki, skąd ona go wzięła nie mam pojęcia. Po pierwszej próbie nieco go zmodyfikowałam i gofry wychodzą jeszcze lepsze. Po odparowaniu długo pozostają chrupkie, nie flaczeją, nie robią się gumowate. Są chrupiące na zewnątrz i miękkie w środku. Pewnie jeszcze lepsze wyszłyby z głębokiej profesjonalnej gofrownicy, ale moja też zła nie jest. Ma moc (1300 W) i w 4 minuty wypieka idealne chrupiące gofry. 


Składniki na 8 sztuk:

1 i ½ szklanki* mąki wrocławskiej typ 500 (ok. 260 g)
2 duże jajka (używam jajek o wadze ok 75 g) – osobno żółtka i białka
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia (5 g)
2 płaskie łyżki cukru (50 g)
½ szklanki zimnej niegazowanej wody (125 ml)
1/3 szklanki mleka (ok. 85 ml)
4 łyżki oleju (60 ml) - u mnie z pestek winogron, ale może być rzepakowy czy słonecznikowy
szczypta soli

*używam szklanki o pojemności 250 ml 


W jednej misce wymieszać mąkę z cukrem, solą i proszkiem do pieczenia. Do drugiej miski wbić żółtka, roztrzepać je, dodać mleko, wodę, olej i wymieszać. Białka ubić na sztywną pianę.
Mokre składniki wlać do suchych, dodać pianę i wymieszać do połączenia się składników. Ciasto będzie dosyć gęste, ale takie ma być. Odstawić na 10 minut, aby odpoczęło. W tym czasie nagrzać gofrownicę. Nakładać porcje ciasta, piec zgodnie z zaleceniami producenta – u mnie 4 minuty.
Gotowe gofry przełożyć na kratkę, aby odparowały. Podawać z ulubionymi dodatkami. 



poniedziałek, 30 listopada 2015

Kasza jaglana ze schabem i warzywami


Dziś danie z gatunku „wezmę i namieszam”. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i wyszło smacznie. Wykorzystałam kaszę jaglaną, którą bardzo lubię i to co miałam pod ręką, czyli cebulę, cukinię, marchew i trochę aromatycznych przypraw. I wszystko w jednym garnku, bez wysiłku, przy niewielkim nakładzie pracy. Lubię takie gotowanie.
Danie może nie wygląda powalająco, jak większość dań jednogarnkowych, ale smakuje świetnie. Oczywiście można wykorzystać inną kaszą: pęczak, gryczaną, jęczmienną czy bulgur, ale równie fajnie wyjdzie z ryżem.


Składniki na 4 duże porcje:

400 g schabu środkowego (można zastąpić szynką, filetem z kurczaka albo indyka)
2 średnie cebule (250 g)
1 średnia cukinia (300 g)
3 marchewki (300 g)
1 szklanka (200 g) kaszy jaglanej – u mnie kasza firmy Sante
500 ml bulionu albo wody
2 łyżki oleju (użyłam rzepakowego, ale może być dowolny nadający się do smażenia)
2 goździki
sól, pieprz
imbir, chili, kurkuma, gałka muszkatołowa


Schab opłukać, pokroić w nieduże kawałki. Cebulę obrać, pokroić w kostkę. Cukinię umyć, usunąć środkową część z pestkami i pokroić na nieduże kawałki (ja przekroiłam na 8 części i pokroiłam w plasterki). Marchewki obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach.
W rondlu rozgrzać olej, wrzucić mięso i podsmażyć do zrumienienia. Dodać cebulę, goździki i smażyć razem, aż cebula się zeszkli. Wrzucić cukinię i marchewkę, dodać ½ łyżeczki mielonego imbiru, ¼ łyżeczki mielonego chili, ½ łyżeczki kurkumy. Smażyć razem 3 minuty. Kaszę jaglaną wsypać na sito, przepłukać pod bieżącą wodą, następnie przelać obficie wrzątkiem z czajnika (aby pozbawić ją goryczki) i dodać do mięsa z warzywami. Wymieszać, wlać 2 szklanki bulionu albo wody (w przypadku, gdy użyjemy wody wsypać również 1 łyżeczkę soli). Przykryć pokrywką i gotować na minimalnym ogniu na najmniejszym palniku przez około 15 minut, aż kasza wchłonie cały płyn. Pod sam koniec wsypać ¼ łyżeczki świeżo mielonego pieprzu i ½ łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej. Całość wymieszać, jeśli trzeba to dosolić.
Doskonale smakuje na gorąco, ale i na zimno jest niczego sobie i spokojnie może stanowić drugie śniadanie czy lunch (jeśli ktoś dłużej pracuje i obiad jada późnym popołudniem). 




sobota, 28 listopada 2015

Domowa przyprawa korzenna do pierników

Niedawno zrobiłam przegląd przypraw do pierników, które można kupić na naszym rynku. Tylko nieliczne warte są tego, aby po nie sięgnąć, ale niestety ich dostępność jest dosyć ograniczona i przyznam, że zupełnie tego nie rozumiem. W końcu promowane powinno być to, co dobre, a nie to co tanie. Niestety w przypadku przypraw korzennych cena ma z jakością wiele wspólnego. Dobra mieszanka przypraw kosztuje więcej niż taka pełna wypełniaczy w postaci mąki, cukru czy kakao. Ale wystarczy zadać sobie pytanie, czy chcemy płacić za przyprawy czy tanie wypełniacze, a odpowiedź z pewnością przyjdzie sama.
Oczywiście najlepszym rozwiązaniem jest przygotowanie domowej przyprawy, ale nie zawsze to ma sens, szczególnie, gdy potrzebujemy jej niewielką ilość, bo np. raz do roku porywamy się na upieczenie piernika czy małych pierniczków. Wtedy warto sięgnąć po dobrej jakości gotową mieszankę, bo zapłacimy za nią około 3 zł. Natomiast chcąc przygotować domową mieszankę trzeba się zaopatrzyć w pojedyncze przyprawy, które do tanich nie należą. Dobrej jakości przyprawy to koszt około 30 złotych. A wiadomo, że nie wykorzystamy wszystkiego od razu. W takim przypadku warto się zastanowić, czy potrzebujemy domowej mieszanki i czy zakupione przyprawy wykorzystamy do końca.
U nas przyprawy korzenne są używane dosyć często, lubimy orientalne smaki, więc ze spokojem mogę wydać pieniądze, bo wiem, że nic się nie zmarnuje. Jest też inne rozwiązanie – można przygotować domowej przyprawy dużo i po prostu dogadać się z koleżankami i podzielić kosztami. A można i taką przyprawę ładnie zapakować i po prostu komuś podarować.

Ja dziś proponuję swoją wersję mieszanki korzennej. Od dawna już próbuję osiągnąć efekt, jaki jest w mojej ulubionej przyprawie do piernika od Kotanyi. Niestety łatwe to nie jest, bo wystarczy, że użyję innego cynamonu (ja preferuję cejloński, a w mieszance jest chyba kasja, bo cejlońskiego Kotanyi w ofercie nie ma), innego pieprzu i już efekt jest inny.
Ta dzisiejsza mieszanka jest prawie doskonała. Cudownie pachnie, jest dosyć ostra, ma piękny kolor, który zawdzięcza tylko przyprawom. Czego chcieć więcej?  Oczywiście można sobie zmienić nieco proporcje - wszystko jest kwestią własnych upodobań i preferencji smakowych.
Z tej ilości składników wychodzi słoiczek o pojemności około 200 ml – czyli całkiem sporo, bo domowa przyprawa jest bardzo aromatyczna i intensywna. Ja wykorzystałam przyprawy w całości, ale równie dobrze można użyć już zmielonych. 



Składniki na 1 słoiczek:

40 g cynamonu w laskach (około 10 lasek cejlońskiego albo 7 lasek wonnego – kasja)
20 g (2 duże sztuki) gałki muszkatołowej
4 g (2 łyżeczki) ziaren kolendry
5 g (2 czubate łyżeczki) mielonego imbiru
4 g (2 łyżeczki) całych goździków
2 g (1 łyżeczka) ziaren ziela angielskiego
2 g (1 cała gwiazdka) anyżu
2 g (1 łyżeczka) ziaren czarnego pieprzu
5 g (1 i ½ ) łyżeczki strąków kardamonu


Gałkę muszkatołową zetrzeć na tarce, a kardamon wyłuskać ze strąków. Wszystkie przyprawy oprócz startej gałki i mielonego imbiru włożyć do moździerza i rozetrzeć bardzo drobno. W przypadku braku moździerza można użyć młynka do kawy albo blendera (takiego, który ma w zestawie szatkownicę z nożem). Mieszankę przypraw przesiać przez drobne sitko, a to co na nim zostanie jeszcze raz dokładnie rozetrzeć albo zemleć. Dodać startą gałkę muszkatołową i mielony imbir i wszystko razem dobrze wymieszać. Przesypać do słoiczka i przechowywać w ciemnym miejscu. Przyprawa nie powinna stać zbyt długo, bo wietrzeje i traci swój aromat. Lepiej przygotować mniejsze porcje na świeżo.
W przypadku cynamonu kasja trzeba uważać, bo to bardzo twardy cynamon i niełatwo się go rozdrabnia, ale porządny moździerz czy młynek daje sobie z tym radę bez najmniejszego problemu.  W przypadku blendera trzeba uważać, aby cynamon i goździki go nie porysowały.



środa, 18 listopada 2015

Sernik z jagodami ( z ksylitolem)

Miałam ochotę na pierogi ruskie, ale robota mi się nie uśmiechała i twaróg wylądował w lodówce. Gdy sobie o nim przypomniałam, to się okazało, że lada dzień kończy mu się termin przydatności do użycia. U mnie w domu jedzenia się nie marnuje, a ochota na lepienie pierogów ciągle mnie nie nawiedziła, więc twaróg przerobiłam na nieduży, ale pyszny sernik. Jego przygotowanie zajęło mi 10 minut, nie licząc oczywiście czasu pieczenia. Użyłam twarogu w kostkach, ale już mielonego, więc przecisnęłam go tylko przez praskę. Zdecydowanie zachęcam do sięgania po normalny twaróg, a nie rzadkie masy seropodobne.
Do posłodzenia użyłam zamiast cukru ksylitolu. Nie używam go bardzo często, ale od czasu do czasu odmiana mile widziana. Dzięki temu, że cukier zamieniłam na ksylitol, to ciasto mogą jeść diabetycy, oczywiście z zachowaniem umiaru. Zanim sięgnęłam po ksylitol, to sporo o nim poczytałam. Nie będę się mocno na ten temat rozpisywać, ale jeśli ktoś ma ochotę dowiedzieć się z czego pochodzi, jak powstaje i jakie ma zalety i wady, to polecam wpis Małgosi z bloga Trochę Inna Cukiernia.
Ksylitol (cukier brzozowy), jest zdrowszą alternatywą dla zwykłego cukru i ma  o 40 % kalorii mniej niż zwykły cukier. Należy do grupy węglowodanów wolno wchłanianych, a ich metabolizm jest praktycznie niezależny od insuliny (IG=8), co sprawia, że poziom cukru we krwi nie podnosi się. Jest więc polecany diabetykom, a przy tym w przeciwieństwie do wielu innych słodzików można wykorzystywać go do pieczenia, bowiem jest odporny na działanie wysokich temperatur, nie tracąc przy tym swoich właściwości.
Ma jednak pewną wadę – jest dosyć drogi, ale jeśli można, to warto zastąpić nim zwykły cukier przynajmniej częściowo. 



Składniki na tortownicę o średnicy 20 cm:

750 g mielonego twarogu półtłustego
4 duże albo 5 mniejszych jajek
½ – ¾ szklanki* cukru albo ksylitolu (u mnie ksylitol Sante) – ilość w zależności od tego jak kwaśny jest twaróg
1 łyżka ekstraktu waniliowego (można zastąpić cukrem z prawdziwą wanilią)
1 czubata łyżka skrobi (maki) ziemniaczanej
50 g roztopionego ostudzonego masła

około 1,5 szklanki* jagód (ja użyłam mrożonych)

*używam szklanki o pojemności 250 ml


Spód tortownicy o średnicy 20 cm posmarować masłem i posypać bułką tartą (albo mąką). Piekarnik nagrzać do 175 stopni.
Twaróg przecisnąć przez praskę do sporej miski, dodać cukier/ksylitol, mąkę, ekstrakt, wbić jajka (najpierw proponuję wbić je na talerzyk i dopiero dodać do reszty składników, żeby nie było niespodzianek), wlać ostudzone masło. Wszystkie składniki zmiksować blenderem (żyrafą) do uzyskania jednolitej konsystencji. Gotową masę przelać do tortownicy, posypać zamrożonymi jagodami i wstawić do gorącego piekarnika – 175 stopni (góra – dół), piec 30 minut, zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i piec jeszcze 40 minut. Piekarnik wyłączyć, sernik zostawić na 30 minut w uchylonym piekarniku, a następnie wyciągnąć i zostawić do wystygnięcia.