Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 kwietnia 2014

Restauracja Nordowi Mol

Kilkakrotnie przejeżdżaliśmy obok tej restauracji, która znajduje się w Celbowie k/Pucka, na trasie z Trójmiasta na Hel i za każdym razem parking przed nią był pełen. Zastanawialiśmy się, czy to po prostu modna, snobistyczna restauracja czy doskonałe jedzenie. Obiecaliśmy sobie, że przy okazji powrotu z Helu zajrzymy i sami się przekonamy. Najpierw zerknęliśmy na stronę restauracji, aby poznać menu i zobaczyć, czy nie zbankrutujemy. Cen niestety nie było, ale stwierdziliśmy, że raz kozie śmierć.


I w sylwestrowe popołudnie, wracając już z Helu do domu zatrzymaliśmy się przed restauracją, na wyjątkowo pustym parkingu. Ale w sumie trudno się dziwić, aby w Sylwestra o godzinie 13.00 w restauracji był tłum. Specjalnie nas to nie zmartwiło, bo oznaczało, że nie będziemy bardzo długo czekać na nasz obiad, co przy pełnej restauracji pewnie nie byłoby takie oczywiste.
Wnętrze jest trochę secesyjne, ale bardzo przytulne, ciepłe i przyjazne. 


Przywitała nas bardzo sympatyczna pani kelnerka, a po zajęciu przez nas miejsc przy stoliku, podała nam karty i zaprosiła do zajrzenia do kącika obok, w którym można było wybrać sobie czekadełko. Oprócz pysznego świeżego chleba był też smalec, kiszone ogórki i patera pełna domowych wędlin – wędzona szynka przepyszna. Można było sobie wybrać to, na co miało się ochotę i spróbować, ale także kupić domowe wyroby i zabrać do domu. 


Jak już skosztowaliśmy tych domowych specjałów przyszedł czas na decyzję i zamówienie obiadu. Zielonooki zdecydował się na żurek w gburskim chlebie, na domowym zakwasie, z chrzanem, wędzonym boczkiem, białą kiełbasą i ziemniakami, a na drugie danie wziął smażoną wątróbkę z gęsi podaną z cebulką i jabłkiem, z ziemniakami puree i zestawem surówek. Ja zdecydowałam się na Placek Kaszuba, czyli placek ziemniaczany z gulaszem polany śmietaną, przy czym ze śmietany zrezygnowałam, bo nie lubię. Poprosiłam też o zestaw surówek, ale pani chyba zapomniała, więc skonsumowałam surówki Zielonookiego.
Gdy przed Zielonookim pojawił się żurek w cudownie pachnącym chlebie to ciężko było się oprzeć i skubnęłam mu kawałek pokrywki. Chlebek był przepyszny, żurek podobno też (ale nie kosztowałam). Co ciekawe, chlebek nie był z pszennej jasnej mąki, bardziej smakował jak z mąki żytniej czy graham. Ogromny plus, a i cena całkiem przystępna – 15 zł za niemałą porcję. 


Drugie danie zaskoczyło nas ogromnymi porcjami, tak ogromnymi, że po zjedzeniu połowy placka spasowałam i nie dałam rady. Mój placek (24 zł/porcja) był dobrze wysmażony, w środku mięciutki, na zewnątrz chrupiący, gulasz dobrze doprawiony, z dużymi kawałkami chudego mięsa – bardzo smaczny. Surówki też jak najbardziej w porządku. 




Zielonooki znalazł na talerzu też niemałą porcję wątróbki z dodatkami (28 zł/porcję) i stwierdził, że całość jest bardzo smaczna, odpowiednio doprawiona, a wątróbka dobrze wysmażona i miękka i z pewnością przygotowana na świeżo, a nie odgrzewana.


Jednym słowem cały obiad bardzo pozytywnie nas zaskoczył, był smaczny, pachnący, ładnie i dosyć szybko podany, a przy tym nie zrujnował naszego budżetu. Jeśli będziemy jeszcze tamtędy przejeżdżać, a na pewno będziemy, wszak lubię odwiedzać foki w helskim fokarium, to z pewnością zahaczymy o Nordowi Mol i spróbujemy innych specjałów kuchni kaszubskiej. 

Za drugim razem (dokładnie po roku) wybraliśmy się do tej restauracji w Nowy Rok na świąteczny obiad. I co? I było równie pysznie.
Kącik z pysznymi czekadełkami był jeszcze lepiej zaopatrzony, aż ciężko było wybrać to, czego chciałoby się spróbować. 



Zaczęliśmy od zup. Zielonooki zdecydował się na rybną z Nordy (pełną kawałków łososia, dorsza i pstrąga), a ja na dyniową. 




Obie przepyszne, dobrze doprawione i co najważniejsze - gorące, czyli takie jakie być powinny.
Drugie danie to również przyjemność jedzenia. Na talerzu Zielonookiego znalazły się Kaszubskie Frikasy, czyli udko kurczaka gotowane w sosie słodko kwaśnym z rodzynkami i zestaw surówek. 



Ja zdecydowałam się na filet drobiowy z nadzieniem borowikowo - serowym.



Porcje były spore i oboje przy drugim daniu wymiękliśmy. Ale było pysznie. 


Restauracja serwuje kuchnię polską, z naciskiem na kuchnię kaszubską. Można zjeść ryby, dania mączne, mięsne (łącznie z dziczyzną) i pyszne zupy. 
Jeśli chcecie się wybrać tam w sobotę albo w niedzielę, to warto zadbać o wcześniejszą rezerwację stolika, bo można się zdziwić. 

środa, 1 stycznia 2014

Restauracja Cozzi w Gdyni


Przy okazji naszego pobytu na Wybrzeżu, w ramach akcji „Blogerzy smakują” organizowanej przez portal Uroda i Zdrowie, mieliśmy okazję odwiedzić włoską restaurację Cozzi, która mieści się w Gdyni.


To była nasza druga wizyta związana z tą akcją i tym razem po wejściu do restauracji okazało się, że nikt nic nie wie, a naszej rezerwacji po prostu nie ma. Chwila konsternacji, ale szybki telefon (chyba do menadżera) uratował sytuację. Zostaliśmy przeproszeni i zaproszeni do stolika (na szczęście wolnych nie brakowało, bo byliśmy około 14.00 i jeszcze restauracja nie była pełna).
Ale tak sobie myślę, że może i dobrze, że nasze przybycie jakoś umknęło obsłudze, bo to pozwoliło nam ocenić kuchnię taką jaka jest. A jaka jest? O tym postaram się opowiedzieć na tyle, na ile to możliwe po skosztowaniu tylko kilku dań z karty. Oczywiście są to moje subiektywne opinie, bo smaki są różne.
Wiedząc, że będziemy w tej restauracji przejrzeliśmy sobie menu wcześniej i w zasadzie byliśmy zdecydowani, że chcemy skosztować konkretnych dań – czyli kolejne zaskoczenie dla kuchni, bo nie mogła się przygotować „specjalnie”.  Karta nie jest mocno rozbudowana, ale dosyć urozmaicona. Można w niej znaleźć zupy (dwie stałe + zupa dnia), sałatki, makarony, dania główne, pizze i kilka deserów. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ciekawostką jest to, że codziennie pojawia się wkładka z daniami dnia i propozycją na lunch, który jest serwowany od poniedziałku do piątku (12.00 - 16.00) w cenie 20 zł. 


 
Sama restauracja jest miejscem bardzo przytulnym, a stoliki tak usytuowane, że spokojnie można przy nich nie tylko zjeść, ale i porozmawiać. Jasne kolory, kanapy, białe krzesła z różowo - czerwonymi dodatkami nastrajają bardzo optymistycznie. 


 
Bardzo sympatyczny i zdecydowanie kompetentny pan kelner zaproponował nam specjalność restauracji – rozgrzewającą herbatę z korzenną nutą, pomarańczami, miodem i goździkami (12 zł za 330 ml). Herbata okazała się tak dobra, że po przyjeździe do domu Zielonooki namówił mnie na zrobienie podobnej. Zdecydowanie warto ją zamówić w chłodny zimowy dzień, bo nie tylko dobrze smakuje, ale również świetnie rozgrzewa. 

 
Jako czekadełko na stole pojawiła się focaccia, do której była dobrej jakości oliwa i choć ja aż taką amatorką oliwy nie jestem, to ta była bardzo dobra i dosyć delikatna, przynajmniej w połączeniu z tym włoskim pieczywem. 

 
Zastanawialiśmy się nad przystawką. Na początku w planach była bruschetta con Cipolla e Balsamico czyli włoskie chrupiące pieczywo z konfiturą z czerwonej cebuli, balsamico, mozzarellą i rukolą (3szt. - 15 zł), ale w końcu zdecydowaliśmy się na Antipasto per due (dla dwóch osób – 39 zł), czyli deskę przystawek, na której znalazły się: szynka parmeńska, salami Spianata Piccante, szynka Speck, oliwki zielone i czarne, suszone pomidory, marynowane karczochy, melon, grillowana cukinia i bakłażan, sery, pieczywo. Całość pięknie się prezentowała i smakowała równie dobrze, wędliny były przepyszne, mozzarella również. Sos balsamiczno – miodowy dopełniał całości. 


Jedyną rzeczą, która nie do końca mi odpowiadała to to, iż cukinia i bakłażan nie były ciepłe i chrupiące, a zimne i sklapciałe. Nie wiem czy takie miały być z założenia, być może tak. Osobiście jednak uważam, że chrupiący i ciepły cukiniowo – bakłażanowy akcent byłby fajnym rozwiązaniem. 

 
Po przystawce przyszedł czas na danie główne. Zielonooki zdecydował się na: Garganelli della Casa, czyli makaron garganelli z kurczakiem, bakłażanem i cukinią w sosie pomidorowym zapiekany pod mozzarellą, z dodatkiem parmezanu i rukolą (25 zł). 


A ja wybrałam Filetto con Funghi, czyli polędwiczki wieprzowe w sosie borowikowo – kurkowym z dodatkiem gnocchi i sałatką (34 zł). 


 
Oba dania zostały podane w bardzo ładny sposób, choć moim skromnym zdaniem dodawanie tak dużej ilości rukoli potrzebne nie jest – jeśli ma pełnić rolę dekoracji to wystarczyłoby kilka listków. Ale czepiać się nie będę, bo ja akurat rukolę bardzo lubię.
Makaron zapiekany, który zamówił Zielonooki był bardzo smaczny, dobrze doprawiony, podany w naczyniu, w którym był zapiekany (gorące, trzeba uważać), więc doskonale trzymał temperaturę. Zdecydowanie danie na piątkę z plusem, to danie się obroniło bez żadnego „ale”. 


Jednak z moim daniem już tak różowo nie było. Nie powiem, że mi nie smakowało, bo bym skłamała. Smakowało, choć mięso nieco się ciągnęło pod nożem (Darek mówi, że to nóż był tępy), ale żucia nie wymagało. Sos borowikowo – kurkowy był bardzo smaczny, aromatyczny, dobrze doprawiony, natomiast gnocchi okazały się nieco gumowate, a powinny rozpływać się w ustach. Wyglądały jakby były robione maszynowo, a nie ręcznie. Warzywa w surówce były świeżutkie, natomiast sos vinegrette był niesmaczny- zbyt kwaśny i zdecydowanie za gęsty – podobno byłam pierwszą osobą, której ten sos nie smakował (a może po prostu pierwszą, która o tym powiedziała). No cóż, o smakach trudno dyskutować. Kosztowałam już wielu różnych sosów vinegrette, ale ten dla mnie był najgorszy, więc sobie oszczędziłam katowania podniebienia i zjadłam warzywa nie polewając ich większą ilością sosu. W przypadku sosu zdecydowanym plusem okazało się to, że był podany w osobnym pojemniczku, więc nie byłam na niego skazana. 


Przyznam się, że trochę żałowałam, że nie zdecydowałam się jednak na jakiś makaron, bo chyba właśnie w nich restauracja specjalizuje się szczególnie. Trochę obserwowałam salę i zamówienia, no i zdecydowanie przeważają makarony, więc skoro ludzie na nie wracają to muszą być rzeczywiście bardzo dobre. Przynajmniej ten, który zamówił Zielonooki taki był. W restauracji cały czas byli goście, widać było, że część z nich bywa tam częściej, więc chyba jest po co wracać.
Na deser już się nie skusiliśmy, bo ja nie dojadłam nawet dania głównego. Porcje są naprawdę spore i spokojnie można się najeść jednym daniem, bez wcześniejszej przystawki.
Restauracja jest warta tego, aby ją odwiedzić, bo serwuje świetne makarony i widać, że produkty, które wykorzystuje są naprawdę dobrej jakości. Ja chętnie spróbowałabym jeszcze któregoś z makaronów i pizzy, bo po jednym daniu tak naprawdę bardzo ciężko restaurację ocenić. 

 
Cozzi Ristorante
ul. Władysława IV 49F
81-384 Gdynia
cozzi@cozzi.pl

tel.: (58) 719 01 04




wtorek, 15 października 2013

Restauracja „La Mancha” w Toruniu

W ramach akcji Blogerzy Smakują organizowanej przez portal Uroda i Zdrowie mieliśmy okazję odwiedzić restaurację La Mancha, która mieści się w piwnicy jednej z kamienic, na pięknej toruńskiej starówce. Restauracja serwuje dania kuchni hiszpańskiej i marokańskiej, a jej niewątpliwym atutem jest to, że gotuje w niej przesympatyczny kucharz pochodzący z Maroka Yassinowi Outtaleb. 


Idąc do restauracji zakładaliśmy, że spędzimy w niej około godziny... a spędziliśmy prawie dwie. A wszystko dlatego, że dania są przygotowywane na bieżąco, ale o tym za chwilę. 




Gdy przyszliśmy (godz. 14.00) w restauracji nie było zbyt wielu osób, dzięki czemu mogłam pstryknąć kilka fotek. Miejsce jest przytulne i klimatyczne, zdecydowanie w moim guście.
Od razu po wybraniu stolika i rozgoszczeniu się otrzymaliśmy menu i kartę win i bardzo sympatyczna, ale i rzeczowa pani kelnerka zaproponowała coś do picia. Rzadko pijamy do posiłków, ale tym razem się skusiliśmy – ja wybrałam lampkę czerwonego wytrawnego wina (19 zł), a Zielonooki sok ze świeżych pomarańczy (12 zł)


Poprosiliśmy też o przystawkę – wybraliśmy zestaw tapas (15 zł), w skład którego wchodziły kanapki z ogórkiem i chorizo, oliwki, suszone owoce, plastry jamon (szynka hiszpańska) i kawałki kiszonej cytryny. Całość była ładnie podana, świeżo przygotowana i smaczna. Kiszone cytryny nieco zaskakują smakiem – trudno go do czegoś porównać. 


Oboje zdecydowaliśmy się na zupy i dania marokańskie, bo tę kuchnię znamy dosyć słabo. Ja wybrałam marokańską zupę z kurczaka i warzyw (10 zł), a Zielonooki pikantną zupę z pieczonych pomidorów (10 zł). Obie zupy były bardzo smaczne, dobrze doprawione, a zupa z pomidorów rzeczywiście była bardzo pikantna. Nie było się do czego przyczepić. 



Kolejnym daniem, które spróbowaliśmy było tagine z kurczakiem i warzywami (35 zł). Było przygotowane na świeżo, warzywa nie były rozciapane, a kurczak pachnący i mięciutki. Jednak oboje zgodnie stwierdziliśmy, że danie mogłoby być trochę intensywniej przyprawione, bo zabrakło w nim wiodącej nuty. 


Kuskus z kurczakiem i warzywami (35 zł) był ciekawszy, bardziej aromatyczny i w sumie chyba smaczniejszy niż tagine. Nie wiem dlaczego, ale kuchnia marokańska zawsze kojarzyła mi się z mocniej doprawionymi daniami. Te, które jedliśmy były trochę za łagodne, choć smaczne. 


Obiad zakończyliśmy filiżanką kawy po marokańsku, bo na deser już niestety siły nie wystarczyło, a szkoda, bo miałam wielką ochotę na krem po katalońsku – może innym razem.
Kawa jest parzona w tradycyjny sposób, cudownie pachnie przyprawami, jest mocna i bardzo aromatyczna, idealna na zwieńczenie pysznego obiadu. 


Spędzony w restauracji czas pozwala mi na subiektywną ocenę jedzenia i obsługi. Pani kelnerka, oprócz tego, że była miła, życzliwa i uśmiechnięta posiadała również wiedzę na temat serwowanych w restauracji dań, potrafiła odpowiedzieć na każde pytanie, a także zachęcić do spróbowania dania, którego pierwotnie próbować nie zamierzałam. Od razu po podaniu kart zapytała o to, czy mamy ochotę na coś do picia i dała nam czas na zapoznanie się z kartą i dokonanie wyboru - jednym słowem pełen profesjonalizm.
Dania, których próbowaliśmy były przygotowywane na świeżo, więc czas oczekiwania nieco się wydłużył, ale zostaliśmy o tym uprzedzeni i świadomie się na to zgodziliśmy, a dzięki temu otrzymaliśmy świeże i smaczne potrawy.
Podsumowując, mogę napisać, że wizyta w restauracji okazała się udana, a my wyszliśmy syci i zadowoleni. Może kiedyś uda nam się wrócić i spróbować deseru, na który miałam ochotę, ale po sycącym obiedzie nie mieliśmy już na niego siły. 


La Mancha
ul. Mostowa 19
87-100 Toruń

+48 664 038 171
+48 604 301 765
e-mail: restauracja@mancha.pl




poniedziałek, 30 września 2013

Restauracja „Syrenka” w Ustce

Wczoraj wybraliśmy się ostatni raz w tym roku nad morze. Długi spacer brzegiem morza dobrze mi zrobił, bo pogoda dopisała i humory też. Gdy robimy sobie takie całodniowe wypady to chętnie zaglądamy do lokalnych restauracji w poszukiwaniu fajnych smaków. Planowaliśmy, że na obiad zatrzymamy się w Słupsku, gdy już będziemy wracać, nawet wybraliśmy miejsce, w którym chcieliśmy zjeść. Wcześniej jednak przypomniałam sobie o restauracji, która przeszła rewolucję pod okiem p. Gessler. Co prawda nie jestem fanka pani Magdy, ale wiele dobrych opinii o samej restauracji sprawiło, że podczas spaceru zdecydowaliśmy, ze zostajemy na obiad w Ustce.
I to w sumie był dobry pomysł. Ale nie obyło się bez małych wpadek.
Gdy weszliśmy do restauracji i rozejrzeliśmy się po sali nie znaleźliśmy wolnego stolika, ale też żadna z pań kelnerek do nas nie podeszła. Sama podeszłam do baru i zapytałam czy jest szansa na stolik, a pani nawet na mnie nie spojrzała i stwierdziła, że nie ma. Przy czym druga z pań kelnerek zapytała dla ilu osób i gdy powiedziałam, że dla dwóch to okazało się, że stolik jest i to nawet dla 4 osób. Nieco dziwne zachowanie, tym bardziej, że dosłownie po chwili zwolniły się dwa kolejne stoliki. Po pierwszym, nieco dziwnym wrażeniu było już dużo, dużo lepiej. 
Wnętrze restauracji jest dosyć przytulne, ciepłe, choć z pewnością bardziej nadaje się na obiad, kolację niż na randkę, bowiem restauracja nie jest zbyt duża i stoliki stoją dosyć blisko siebie.



Otrzymaliśmy karty i w zasadzie od razu rzuciło się w oczy to, że karta jest mała, co dla mnie zawsze jest dużym plusem. Nie lubię, gdy menu jest rozbudowane, bo wtedy szanse na świeże, a nie odgrzewane dania maleją. 


Zdecydowaliśmy się na zupy – Zielonooki wybrał rybną, a ja krem z dyni, a na drugie danie oboje wzięliśmy gołąbki z dorsza w sosie pomidorowym. Jako, że nie pijamy w trakcie posiłków to napoje sobie darowaliśmy.
Tuż po złożeniu zamówienia pojawiło się przed nami czekadełko w postaci trzech pysznych, gorących wędzonych szprotek podanych w pergaminie. Zważywszy na to, że przeważnie w postaci czekadełka pojawia się jakieś pieczywo, smalec czy pasta, to te szprotki były bardzo miłym zaskoczeniem. Poprosiliśmy też o 300 g szprotek wędzonych na wynos. 


Zupy pojawiły się na stole dosyć szybko i obie okazały się bardzo dobre. Zupa rybna (14 zł/250 ml), na którą zdecydował się Zielonooki była dobrze doprawiona, smaczna i pełna dużych kawałków ryby.


 A mój krem z dyni (12 zł/250 ml) podany z chrupiącymi, prażonymi pestkami okazał się po prostu mistrzowski, przepyszny, doskonały, bajeczny... jedno określenie to za mało. Zawsze myślałam, że robię dobry krem z dyni, ale ten był jeszcze smaczniejszy. Idealny. 


Oczywiście nie omieszkałam zapytać, czy krem jest podawany sezonowo czy przez cały rok. Okazało się, że jest w menu stałą pozycją i ja wiem jedno – na ten krem będę wracać przy każdej wizycie w Ustce.
Zupa cudownie nas rozgrzała i myślałam, że drugie danie również mnie powali na kolana. Nie powaliło. Ale może dlatego, że gołąbek z dorsza w sosie pomidorowym (16 zł) był letni, a nie gorący. Był smaczny, dobrze doprawiony, delikatny (pewnie dlatego, że dorsz jest chudą rybą), ale fakt, że nie był gorący pewnie nieco zepsuł efekt końcowy. Za to sos pomidorowy z lekko kwaśną nutą (podobno z dodatkiem soku z kiszonej kapusty) okazał się świetnym dodatkiem. 


Przy zamawianiu nie pomyśleliśmy o tym, aby poprosić dodatkowo pieczywo, czy ziemniaki z wody, które stanowiłyby fajny dodatek do sosu. Ale też nie zostaliśmy o to zapytani przez panią kelnerkę. Nie wiem czy to zabieganie (pełną restaurację obsługiwały 3 kelnerki) czy brak dbałości o klienta, ale takiego pytania zabrakło. Podobnie jak pytania, czy podać coś do picia (pomijam fakt, że nie pijamy podczas jedzenia, ale pytanie powinno zostać zadane).
Po zjedzeniu w sumie dosyć dobrego obiadu poprosiliśmy o rachunek i tu skucha na całej linii... Siedzieliśmy, siedzieliśmy, siedzieliśmy... ściąganie wzrokiem kelnerki nie pomagało. Już miałam ochotę wstać i po prostu wyjść. W ostatnim momencie pojawiła się jednak pani kelnerka z naszym rachunkiem, przeprosiła, że tak długo to trwało i tłumaczyła się zabieganiem. I może nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że przyjmowała zamówienie przy stoliku obok i nawet kilka razy spojrzała w naszą stronę.
Jednak z pewnością tam wrócimy, aby spróbować również innych dań, bo podobno sandacz podawany na fasolce szparagowej i dorsz z borowikami są pyszne (tak wynikało z rozmowy, która toczyła się dosyć głośno przy sąsiednim stoliku).
Zupa i gołąbek sprawiły, że oboje byliśmy najedzeni, choć nie przejedzeni. Ceny nie są  wygórowane, za dwudaniowy obiad i dodatkowo wędzone szprotki zapłaciliśmy 67 zł
Na deser już się nie zdecydowaliśmy, wybraliśmy się na lody do pobliskiej lodziarni.
A po obiedzie wybraliśmy się jeszcze raz na spacer nadmorską plażą. 


piątek, 12 lipca 2013

Dom Woźnego w Szczecinku

Kilka lat temu będąc w Szczecinku odkryliśmy z Zielonookim maleńką pierogarnię "Primavera". Kilka stolików na krzyż w środku lokalu i chyba 5 na zewnątrz, a pierogi tak pyszne, że warto było czekać na nie pół godziny. Ręcznie lepione, z pysznym, dobrze doprawionym nadzieniem. Można było wybierać między klasycznymi z wody, a pieczonymi. Raz jedliśmy z wody, innym razem pieczone. Zawsze pyszne.
W menu było jeszcze kilka sezonowych zup i dwie surówki. Ilekroć byliśmy w Szczecinku albo przez niego przejeżdżaliśmy to chętnie zatrzymywaliśmy się na pierogi.
Po kilku latach pierogarnia przeniosła się do większego lokalu (dwupoziomowego, z dużym ogródkiem letnim) i zmieniła nazwę na „Dom Woźnego”. Byliśmy tam dwukrotnie – krótko po przeniesieniu  i w poprzedni weekend. 

Górna sala:




Widok na bar:


Menu nieco się rozrosło, ale w dalszym ciągu można zamówić pyszne zupy i pierogi. Za pierwszym razem było jak za dawnych czasów, a w ostatni weekend lekko mnie rozczarowały moje pierogi. Nie były niesmaczne, ale ruskie były jakoś kiepsko nadziane i zdecydowanie za mało słone – a jeśli coś dla mnie jest mało słone to znaczy, że słone nie jest wcale, bo ja soli w kuchni używam niewiele. Być może pani gotująca moją porcję nie osoliła wody – zdarza się najlepszym, ale rozczarowanie się pojawiło. Mam nadzieję, że to był jednorazowy incydent i z pewnością nie omieszkam tego sprawdzić, gdy pojawi się okazja.
Za to obie zupy, które zamówiliśmy: ja serową, a Zielonooki zupę dnia: ziemniaczano – chrzanową z jajkiem, były pyszne, choć dla mnie mogłyby być bardziej gorące. 

Zupa ziemniaczano - chrzanowa z jajkiem na twardo:



Zupa serowa z groszkiem ptysiowym:



Surówka kapuściana jak zawsze smaczna i porcja spora. 


A jeśli chodzi o pierogi to ja zamówiłam pół porcji ruskich i pół porcji z mięsem, a Zielonooki pół porcji z mięsem i pół porcji bieszczadzkich. Następnym razem jednak wezmę tylko pół porcji pierogów, bo gdy jem zupę to cała porcja pierogów jest nie lada wyzwaniem. 


Mimo drobnych niedociągnięć, które zwalam na karb tego, że lokal pękał w szwach (personel uwijał się sprawnie) to zdecydowanie polecam to miejsce.
Mnie osobiście urzeka różnorodność naczyń, w których dania są podawane - trochę wygląda jak taka zbieranina od cioci Kazi i babci Stasi, ale to również klimat samego miejsca, jakby z innej epoki. W górnej części jest biblioteczka z książkami i regalik z prasą – można poczytać czekając na posiłek. Dania zamawia się przy barze, zostaje przydzielony numerek i gdy danie jest gotowe odbiera się je z baru. Czyli prawie jak w barze mlecznym, a nie w restauracji. Mnie to nie przeszkadza. Wiem na co się nastawiam – jeśli ktoś szuka dobrego domowego jedzenia to z pewnością znajdzie je w „Domu Woźnego” . Za dwie zupy, dwie porcje pierogów i dwie porcje surówki zapłaciliśmy 38,50 zł. 

Na deser się już nie skusiliśmy, ale jeśli ktoś ma ochotę to domowe ciasto kusi. 
Pierogarnia znajduje się tuż przy wejściu do parku położonego nad jeziorem Trzesiecko, przy ul. Ks. Elżbiety 3. Jeśli będziecie przemierzać trasę z Koszalina do Poznania to warto wjechać do centrum Szczecinka i zatrzymać się na pierogi. A po obiedzie przespacerować się nad jeziorem Trzesiecko. 


Więcej zdjęć można zobaczyć na stronie Dom Woźnego
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...