środa, 30 maja 2012

Polędwiczki wieprzowe w sosie kurkowym

W ramach porządków w zamrażarce wyciągnęłam kurki i zastanawiałam się czy zrobić pierogi czy może jakieś mięsko w sosie kurkowym. Uznałam, że z pierogami nie chce mi się bawić i kupiłam polędwiczkę wieprzową. I to był bardzo dobry pomysł.  
Danie robi się dosyć szybko, jest łatwe i bardzo smaczne. Nie można jednak przesadzić z ilością przypraw, żeby nie zatracić smaku mięsa i kurek, więc ja się ograniczyłam do minimum. Dla podbicia smaku użyłam Żubrówki palonej, którą dostałam do przetestowania już dwa tygodnie temu. Nie było okazji, aby jej spróbować, bo alkoholu pijamy niewiele. Ale nadeszły moje imieniny i wraz ze znajomymi postanowiliśmy jej spróbować (okazała się ciekawa i smaczna, choć jeśli o mnie chodzi to po kieliszku mam dosyć :-). Wczoraj użyłam jej do polędwiczek, ale pewnie jeszcze nie raz ją w kuchni wykorzystam, bo ma ciekawy smak i wtedy podzielę się szerszą opinią o niej.


Składniki na 4 porcje

600 g polędwiczki wieprzowej
500 g mrożonych kurek (można użyć świeżych)
1 średnia cebula
1 listek laurowy
1 szklanka bulionu (u mnie warzywny)
1 czubata łyżeczka mazeiny (skrobi kukurydzianej)
2 łyżki słodkiej śmietany do sosów i zup
2 pełne łyżeczki masła klarowanego
2 łyżki żubrówki palonej (można zastąpić koniakiem albo brendy)
sól, pieprz, chili (u mnie z młynków Kotanyi)


Polędwiczkę pokroić w plastry i lekko rozbić dłonią. Cebulę obrać, pokroić w kostkę.
W rondlu (użyłam głębokiej patelni ceramicznej Delimano) rozgrzać 1 łyżeczkę masła, wrzucić kurki (można je rozmrozić wcześniej, ale nie jest to konieczne), dodać listek laurowy, sól, chili i pieprz. Podsmażyć aż cała woda odparuje, a kurki się lekko zrumienią.
Na patelni rozgrzać drugą łyżeczkę masła, włożyć pokrojone polędwiczki i obsmażyć do lekkiego zrumienienia. Polędwiczki przełożyć do rondla z kurkami i dopiero wtedy je posolić, popieprzyć i oprószyć chili. Na pozostałym na patelni maśle podsmażyć pokrojoną cebulę. Gdy cebula się zrumieni wlać 2 łyżki alkoholu i jeszcze pół minuty smażyć, aż alkohol odparuje, a płyn „zbierze” smak z patelni. Podsmażoną cebulkę przełożyć do kurek i polędwiczek, podlać zimnym bulionem (jeśli nie mamy możemy użyć wody) i dusić około 10 minut.
Mazeinę rozrobić w niewielkiej ilości zimnej wody. Wlać do rondla i zagęścić sos. Na koniec dodać 2 łyżki śmietany, wymieszać i gotowe.
Podawać z ulubionymi dodatkami, choć moim zdaniem najlepiej smakuje z kaszą i świeżymi warzywami.



wtorek, 29 maja 2012

Sernik waniliowy z polewą truskawkową

Tak jak kiedyś za sernikami nie przepadałam, tak teraz chętnie je piekę i chętnie z nimi eksperymentuję. Wymyślam i kombinuję... mój idealny sernik to wiedeński i na tej bazie tworzę.  
Doszłam już też do idealnej temperatury i czasu pieczenia w moim piekarniku, co sprawia, że sernik jest jasny i równy.
Tym razem postanowiłam wykorzystać truskawki, którym nijak oprzeć się nie mogę, bo to moje ukochane owoce. Upiekłam sernik z wanilią, białą czekoladą i zrobiłam polewę truskawkową z dodatkiem agaru – substancji żelującej na bazie roślinnej, dużo zdrowszej niż żelatyna. Miał być mus, ale dałam trochę za dużo agaru i wyszła polewa. Jeszcze nie mam doświadczenia z agarem, ale będę próbować dalej.
Sernik upiekłam na bazie półtłustego twarogu czarnkowskiego (mojego ulubionego), który sama zmieliłam.


Składniki na tortownicę o średnicy 25 cm

1 kg twarogu (użyłam normalnego twarogu, nie wiaderkowego)
8 dużych jajek
3./4 szklanki* drobnego cukru do wypieków
1 biała czekolada
2 łyżki śmietany kremówki
2 łyżki esencji waniliowej (dałam domową)
2 łyżki cukru waniliowego (dałam domowy)
1 budyń waniliowy bez cukru
50 g masła

Polewa:
300 g dojrzałych truskawek
2 – 3 łyżki cukru pudru (zależy od upodobań)
1 łyżeczka agaru (można zastąpić żelatyną)
3 łyżki wody

*używam szklanki o pojemności 250 ml


Twaróg zmielić co najmniej dwa razy. Masło roztopić i lekko przestudzić. Czekoladę połamać, włożyć do miseczki, dodać 2 łyżki śmietany kremówki i roztopić w kąpieli wodnej. Jajka wbić do miski, wsypać cukier, cukier waniliowy i ubić mikserem na puszystą masę (cukier powinien się rozpuścić). Dodać proszek budyniowy, esencje waniliową i roztopione, ostudzone masło. Krótko zmiksować. Partiami dodawać twaróg (dodaję na 3 razy) i za każdym razem zmiksować krótko, do połączenia składników. Na koniec dodać roztopioną i przestudzoną czekoladę i jeszcze raz zmiksować. Masa powinna być dobrze połączona i mieć jednolitą konsystencję (może być lekko lejąca).
Tortownicę wyłożyć papierem, zapiąć obręcz, boki posmarować masłem i oprószyć mąką (ja użyłam tłuszczu w sprayu). Masę serową przelać do blaszki.
Piekarnik nagrzać do 175 stopni (góra – dół), wstawić sernik i piec 20 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i piec 40 minut, potem zmniejszyć do 125 stopni i piec jeszcze 30 minut. Wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i zostawić na pół godziny do przestygnięcia. Wyciągnąć i zostawić aż całkiem wystygnie.
Gdy sernik będzie zimny, odpiąć obręcz, przełożyć na paterę i zrobić polewę.
Agar wsypać do wody, wymieszać i zostawić na 5 minut. Truskawki zmiksować z cukrem pudrem na mus, można przetrzeć przez sito (ja tego nie robię). Namoczony agar podgrzać, wlać mus truskawkowy, zagotować i podgrzewać przez kilka minut aż agar dobrze się rozpuści (gdy użyjemy żelatyny to po podgrzaniu już nie gotować).  
Zdjąć z ognia, lekko przestudzić i polać sernik. Agar działa dosyć szybko i żeluje prawie od razu, ale w razie gdyby za mocno się ściął można polewę ponownie podgrzać.
Wstawić do lodówki na kilka godzin. Sernik pięknie się kroi i jest pyszny.



poniedziałek, 28 maja 2012

Carbonara po mojemu

Pierwsze (i chyba najlepsze) spaghetti carbonara jadłam we Włoszech już wiele lat temu. Ten sos wybierałam najczęściej i co ciekawe, za każdym razem smakował nieco inaczej, ale zawsze pysznie. Przeniesienie tego smaku na nasz polski stół wydawało mi się niemożliwe. A jednak się udało, choć kupienie u nas pancetty czy sera pecorino graniczy z cudem (tylko czasem się udaje). Oglądałam kiedyś program kulinarny, w którym gotowała pewna Włoszka (nie pamiętam nazwiska) mieszkająca w Polsce. Skrupulatnie zanotowałam przepis, zrobiłam to danie i okazało się pyszne. Od tej pory to danie pojawia się co jakiś czas na naszym stole i smakuje świetnie.  
 Próbowałam też carbonary ze śmietaną, ale jednak to nie do końca mój smak, choć zjeść zjem.
Jaka jest prawdziwa carbonara? Podobno, co włosi dom, to inaczej Ja robię taką jaką lubię najbardziej, choć czasem na bazie carbonary kombinuję inne pasty.
Ostatnio dostałam wędzony przez tatę boczek - pachniał pięknie, miał lekko przydymioną skórę i był wyjątkowo chudy... sprawdził się doskonale w naszej sobotniej makaronowej uczcie.  
To jedno z najprostszych dań, ale łatwo je zepsuć – sos nie może się ściąć, musi pozostać płynny i ładnie pokryć makaron. Dlatego po wlaniu go do makaronu nie można już długo podgrzewać. Ot i cała tajemnica.
Sos fajnie komponuje się z różnymi rodzajami makaronów, osobiście bardzo lubię z tagliatelle czy bucatini, niekoniecznie ze spaghetti.
Przy przygotowaniu tego sosu trzeba pamiętać o starannym umyciu jaj, sparzeniu ich wrzątkiem i  dokładnym umyciu rąk po kontakcie z jajami (tak dla własnego bezpieczeństwa).


Składniki na 2 spore porcje:

150 - 200 g ulubionego makaronu (tym razem użyłam bavette)
100 -150 g guanciale albo pancetty albo surowego boczku pokrojonego w kostkę bądź słupki (ja tym razem użyłam wędzonego boczku)
50 g tartego sera pecorino (opcjonalnie grana padano)
1 łyżka oliwy z oliwek
1 całe jajko
2 żółtka jajek
pieprz świeżo mielony
parmezan do podania

Do miski wlać jajko i żółtka (wcześniej jajka muszą być umyte i sparzone wrzątkiem), dodawać stopniowo utarty ser (cześć można pozostawić do posypania gotowej potrawy) cały czas mieszając, dodać pieprz (dużo) i dobrze wymieszać (ja lekko ubijam widelcem). Na dużą patelnię wlać 1 łyżkę oliwy z oliwek wrzucić pokrojony boczek, smażyć na mocnym ogniu przez minutę aż do zrumienienia.
Makaron ugotować wg przepisu na opakowaniu, odcedzić, dodać do boczku na patelni. Do masy serowo jajecznej dodać stopniowo 2 – 3 łyżki wody od gotowania makaronu (sos się zahartuje i będzie bardziej kremowy)


Do gorącego już makaronu, cały czas mieszając, wlewać cienką strużką masę serowo - jajeczną, podgrzewać jeszcze 20 – 30 sekund, zdjąć z ognia, przełożyć na ogrzane talerze, posypać serem i od razu podawać. W przepisie celowo pominęłam sól, gdyż dla nas składniki potrawy są wystarczająco słone.
Gotowe danie można ozdobić świeżą bazylią i oprószyć ziołami (albo i nie). 
Smacznego.



niedziela, 27 maja 2012

Truskawki na czekoladowo

Małe, a cieszy. Niewiele trzeba, aby zachwycić gości. To raczej pomysł niż przepis. Ten prosty deser nie wymaga wielkich umiejętności, wystarczy trochę czasu, odrobina fantazji i gotowe. Takie truskawki w czekoladzie i kolorowych posypkach robiła już moja babcia. Kiedyś ciężko było kupić kolorowe cukierki, orzechy, wiórki... ale rodzina i przyjaciele z Niemiec dbali o to, aby ani czekolady ani dodatków nie brakowało.
W tym deserze ważne jest jedno – truskawki powinny mieć nie tylko szypułki, ale i ogonki :-) Pani na targu lekko się zdziwiła, gdy spytałam, czy mogę sobie wybrać truskawki z ogonkami.  Ale jak jej powiedziałam po co, to stwierdziła, że nie ma problemu, a pomysł „kupuje”, bo na samą myśl dostała ślinotoku.
Oczywiście można użyć dowolnej czekolady, dowolnych dodatków - ja tylko proponuję :-)


Składniki na około 40 - 45 truskawek:

40 - 45 ładnych, dojrzałych truskawek z ogonkami
50 g czekolady gorzkiej
50 g czekolady mlecznej
50 g czekolady białej
9 -12 łyżeczek śmietany kremówki
kolorowe posypki: orzechy, wiórki kokosowe, płatki migdałowe, drobne perełki cukrowe itp.



Truskawki opłukać i osuszyć na papierowym ręczniku. Czekolady połamać, włożyć do trzech miseczek, do każdej wlać po 3 łyżeczki śmietany kremówki i roztopić w kąpieli wodnej (jeśli będzie jeszcze zbyt gęsta to dolać odrobinę śmietanki). Najlepiej zrobić to po kolei – najpierw jedną czekoladę, potem drugą i trzecią.
W roztopionej czekoladzie maczać truskawki, od razu obtaczać je w posypce i układać w małych papilotkach. Schłodzić w lodówce przez 2 – 3 godziny i gotowe.


Pianka truskawkowa

Sezon truskawkowy w pełni, więc proponuję coś dla łasuchów i miłośników truskawek. Pianka jest łatwa do zrobienia, smaczna i zdecydowanie truskawkowo - truskawkowa, no i nie jest zbyt słodka.
Przepis sama wymyśliłam kilkanaście lat temu i do dziś w sezonie robię ją kilka razy. Raz jest mniej truskawkowa, raz bardziej - gdy truskawki są już tańsze to daję ich więcej. Jeśli zwiększam ilość truskawek to dodaję więcej żelatyny. Można upiec cienki biszkopt, a można wykorzystać gotowe, okrągłe biszkopty - tak jest znacznie szybciej. Moja rodzinka bardzo lubi to ciasto. 


Składniki na tortownicę o średnicy 26 cm:

1,2 kg truskawek (można dać więcej, nawet 1,5 kg)
600 ml śmietanki kremówki 30% (ja kupuję czarnkowską albo łowiczankę, ale każda powyżej 30% może być)
4 - 6 czubatych łyżeczek żelatyny spożywczej (zależy ile dajemy truskawek i jak dużo mają soku, im więcej soku tym więcej trzeba żelatyny, aby pianka się ścięła) – tym razem dałam 4 łyżeczki
2 czubate łyżki cukru pudru
biszkopty do wyłożenia spodu blaszki
2 galaretki truskawkowe (na górę dałam galaretkę szybko tężejącą)


Żelatynę i jedną galaretkę rozpuścić w 1/2 szklanki gorącej wody. Umyte i oczyszczone truskawki podzielić na pół. Jedną część truskawek zmiksować, a resztę zostawić w całości (jeśli dajemy więcej truskawek niż 1,2 kg to 600 g odłożyć w całości, resztę zmiksować)  
Śmietanę wlać do dużej miski i ubić na sztywno dodając pod koniec ubijania cukier puder. Rozpuszczoną galaretkę z żelatyną przelać do zmiksowanych truskawek, wymieszać i całość wlać bardzo powoli do ubitej śmietany (ciągle miksując na niskich obrotach). Gdy cały mus będzie wlany to jeszcze chwilę ubijać aż masa będzie jednolita.
Tortownicę wyłożyć biszkoptami (jeśli używamy zwykłej tortownicy to warto wyłożyć ją wcześniej folią spożywczą, aby pianka nie weszła w reakcję z metalem, bo może się zrobić nieładna, sina obwódka – ja użyłam tortownicy ceramicznej i tego problemu nie ma)
Masę delikatnie przełożyć na biszkopty (nie wlewać gwałtownie, bo biszkopty podniosą się do góry i zamiast na dnie będą w środku ciasta) i całość wstawić do lodówki na ok 20-30 minut (masa szybko się ścina).
Rozpuścić drugą galaretkę (latem można dać o ¼ mniej wody niż zalecono na opakowaniu) i zostawić do wystygnięcia.
Wyciągnąć blaszkę z masą z lodówki, ułożyć na niej gęsto pozostawione w całości truskawki (jeśli są duże, można je przepołowić). Całość ostrożnie zalać tężejącą galaretką. Po zalaniu truskawek galaretką wstawić tortownicę do lodówki, aby galaretka stężała.

Pianka palce lizać... tako rzecze moja rodzinka i znajomi.



Ps. Tym razem wrzuciłam jeszcze pomiędzy truskawki trochę cukrowych, złotych perełek (podpatrzyłam u Izy - Pyzy i bardzo mi się to spodobało), które dodały całości uroku.

czwartek, 24 maja 2012

Próbuję, smakuję, testuję: produkty Valsoia

Ale mam zaległości w pisaniu o testowanych produktach... nadrabiam, ale wszystko w swoim czasie. Po urlopie czekała na mnie kolejna paczuszka, a ja jeszcze miałam w zanadrzu błonnik z lutego. Ale wychodzę na prostą...  i jak skończę tę partię to przez chwilę odpocznę od testów i Wam dam odpocząć, bo sama czuję, że trochę ze dużo tego na raz. 
W ramach współpracy z portalem Uroda i Zdrowie miałam okazję przetestować kolejne, ciekawe produkty, przekazane przez De Care – dystrybutora przysmaków świata. Z trzema produktami jeszcze się do tej pory nie spotkałam, więc tym większa była moja ciekawość. Dziś jednak będzie o dwóch, które zupełną nowością dla mnie nie są, ale warto było spróbować.


Sojowy krem czekoladowy to deser sporządzony na bazie soi o czekoladowym smaku. Jest dobrą alternatywą dla klasycznych deserów mlecznych - nie zawiera laktozy. Obfituje w cenne składniki odżywcze płynące z ziaren soi - pełnowartościowe białko oraz cennych mikroelementów. Zawarte w soi izoflawony wzmacniają układ kostny, fitosterole pomagają skutecznie obniżyć poziom złego cholesterolu we krwi, a tym samym profilaktycznie przeciwdziałają chorobom serca i układu krążenia.


Jako, że otrzymałam wersję czekoladową trudno mi mówić o walorach smakowych, ale wcześniej miałam już okazję spróbować tego deseru w wersji waniliowej i bardzo mi smakował. Natomiast czekoladowy przypadł do gustu Zielonookiemu. A jak mu powiedziałam, że deser jest sojowy był mile zaskoczony. Desery po prostu zostały zjedzone, nic szczególnego z nimi nie wymyśliłam, ale z czystym sumieniem polecam.


Drugim produktem, który przetestowałam jest Ryżowy napój waniliowy (uff, jak dobrze, że nie czekoladowy ;-)) To słodki napój z dodatkiem cukru trzcinowego, nie zawiera laktozy, glutenu i cholesterolu, ale jest wysoko węglowodanowy i zawiera błonnik.


Wykorzystałam go jako dodatek do kawy, przy okazji rezygnując ze słodzenia. Ale zrobiłam też na jego bazie pyszny koktajl truskawkowo – bananowy. Jako, że napój sam w sobie jest słodki (i smaczny) nie dodałam już cukru ani miodu. Słodycz owoców i napoju sprawiły, że koktajl był wystarczająco słodki.


Składniki na 2 duże porcje

1 szklanka pokrojonych truskawek
1 średni banan
150 g jogurtu naturalnego
1 szklanka napoju ryżowego waniliowego
listki melisy i 2 całe truskawki do ozdoby pucharków

Truskawki i banana pokroić, wrzucić do kielicha miksera albo dzbanka (ja użyłam dzbanka i metalowej końcówki blendera Triblade H724 firmy Kenwood). Zmiksować, dodać jogurt i napój ryżowy i jeszcze raz krótko zmiksować. Przelać do szklanek/pucharków/kielichów, ozdobić truskawką i listkami melisy.
Podawać schłodzone.


środa, 23 maja 2012

Gołąbki i testowanie garnka rodzinnego Delimano

W sprzedaży pojawił się nowy, rodzinny garnek ceramiczny Delimano. I pewnie dla Was - stałych bywalców tego miejsca - nie jest to żadna niespodzianka, bo wiecie, że używam garnków tej firmy już ponad rok i bardzo je sobie chwalę.


Gdy przeczytałam, że to garnek rodziny to pomyślałam: „super, będzie do gotowania zup”... ale gdy go zobaczyłam to od razu wiedziałam, że poza rosołem żadnej zupy gotować w nim nie będę, bo faktycznie jest bardzoooooo rodzinny. I pierwszą rzeczą jaka przyszła mi do głowy były gołąbki – gołąbki z młodej kapusty, która już od kilku tygodni jest dostępna na targu. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Kupiłam dwie główki młodej kapusty i gołąbki powstały bardzo szybko. Przepis na moje gołąbki znajdziecie TU. Nie będę kopiować przepisu, bo to nie ma sensu.
W zasadzie w tym garnku zrobiłam wszystko, od parzenia kapusty, przez gotowanie gołąbków aż po sos pomidorowy. Tylko cebulę usmażyłam osobno, bo zależało mi na czasie i zrobiłam to na patelni – zresztą też ceramicznej Delimano.


Garnek jest dosyć płytki, ale szeroki, co sprawiło, że rewelacyjnie przewracało mi się w nim kapustę podczas parzenia, bez obawy, że sama poparzę się o brzeg garnka.
Gotowanie gołąbków też trwało krócej, bo dzięki dużej powierzchni gołąbki ułożyłam w dwóch a nie trzech warstwach. Przy tym gotowałam gołąbki na minimalnym gazie na najmniejszym palniku, bowiem ceramika świetnie przewodzi ciepło. No i pokrywka - idealnie przylega, nie podskakuje w trakcie gotowania i nic z garnka nie kipi, a jednocześnie płyn zbytnio nie odparowuje, więc nie trzeba co chwilę zaglądać do garnka. Rączki garnka się nie nagrzewają, co też jest dla mnie ogromną zaletą.


O zaletach stosowania ceramiki w naczyniach przeznaczonych do gotowania można przeczytać na delimano.pl  Mnie to przekonuje, nie tylko teoretycznie ale i praktycznie. Używam na co dzień i doceniam.  
I jeszcze mycie – żadne garnki nie są tak przyjazne człowiekowi jak ceramiczne. Nawet po sosie pomidorowym wystarczyło, że spłukałam garnek, przetarłam go gąbką z płynem i spłukałam czystą wodą. Bez najmniejszego wysiłku.
A i jeszcze jedno – używam garnków Delimano już od ponad roku, a ciągle wyglądają jak nowe, bez najmniejszego zadrapania czy zarysowania. Czy polecam? Tak, z czystym sumieniem. Kilka osób z mojego otoczenia już stało się zadowolonymi posiadaczami garnków Delimano.


No to KLOPS

Nie wiem jak w Waszych domach, ale u mnie mięso mielone ma wiele zastosowań i ja bardzo chętnie z nim pracuję. Nie kupuję jednak gotowego mielonego, w którym nie wiem co jest. Sama mielę mięso (na szczęście mam elektryczną maszynkę) i aby zaoszczędzić sobie roboty (bo ja leniwiec jestem pospolity a poza tym bardzo nie lubię myć maszynki) to od razu kupuję 2 – 3 kg i mielę, wkładam w pojemniki i do zamrażarki.  
No i od czasu do czasu pojawia się u nas klops – niezła alternatywa dla klasycznego mielonego. Pod warunkiem, że się go doprawi i nie trzeba potem się głowić jak uratować niedoprawione mięso.
Kupując w grudniu nową kuchenkę postanowiłam przetestować piekarnik i to od razu na większą skalę, więc był chleb, ciasto, lasagne i klops. No i gdy przygotowywałam farsz do lasagne to równocześnie robiłam klopsa i wszystko byłoby pięknie, gdybym ja go doprawiła. A tu nic, ani soli, ani pieprzu, ani majeranku. Ot pięknie wyrobione mielone mięsko (dobrze, że choć przesmażoną cebulkę dodałam) I dopiero, gdy wyciągnęłam go z piekarnika uświadomiłam sobie, że ja go nie przyprawiłam. Zielonooki się uśmiał, ale stwierdził, że na zimno można go zjeść smarując uprzednio chrzanem. No niby tak, ale miał być na obiad, więc musiałam coś szybko wymyślić, aby to coś dało się zjeść. W szafce znalazłam jeszcze opakowanie sosu pieprzowego Winiary (wygrany w jakimś konkursie – chyba u Joasi S na blogu) i to on mi uratował obiad. Pokroiłam klopsa w grube plastry, lekko posoliłam, popieprzyłam, wrzuciłam do przygotowanego sosu i chwilę poddusiłam. I pewnie gdybym się nie przyznała Zielonookiemu, że nie doprawiłam to by się nie zorientował.
Czasem, gdy zostaje mi sos od pieczeni albo od bitek to wlewam go do pojemniczka i zamrażam (nie lubię marnować jedzenia), a gdy robię klopsa jest jak znalazł, bo czego by o klopsie nie powiedzieć to najlepiej smakuje właśnie z dodatkiem sosu. A sosy można zrobić różne: chrzanowy, grzybowy (kurkowy, pieczarkowy) – każdy będzie dobry.  
Klopsa można urozmaicić w dowolny sposób – np. wkładając do niego ugotowane na twardo jajko, ugotowane marchewki albo np. ser feta. Ja podaję wersję najprostszą, którą od czasu do czasu wzbogacam zieloną pietruszką albo kolendrą, a czasem suszonymi śliwkami.


Składniki na 4 porcje

600 g mięsa łopatki
1 kajzerka namoczona w mleku
2 małe jajka
1 duża duża cebula
1 łyżka klarowanego masła albo oleju
2 łyżki kaszy manny
3- 4 łyżki bułki tartej
1 płaska łyżeczka pieprzu (u mnie jak zawsze Kotanyi)
szczypta chili
2 – 3 łyżki startego majeranku
sól (wg uznania, ja solę bardzo mało)
opcjonalnie: zielona pietruszka lub kolendra
masło i bułka tarta do wysmarowania i wysypania foremki

Mięso opłukać, pokroić w kawałki, zemleć razem z namoczoną wcześniej i odciśniętą kajzerką. Cebulę obrać, pokroić w drobną kostkę i zeszklić na 1 łyżce masła (nie powinna zrobić się brązowa, a jedynie stracić smak surowizny). Podsmażoną cebulkę dodać do mięsa, wbić jajka (najpierw do miseczki, a dopiero potem dodać do mięsa), wsypać kaszę manną, bułkę tartą i przyprawy. Wyrobić ręką na gładką masę (ja to robię w jednorazowych rękawiczkach silikonowych).
Foremkę (ja używam silikonowej keksówki o wymiarach 23 x 10 cm) wysmarować masłem i posypać bułką tartą.
Masę mięsną przełożyć do foremki (można foremkę przykryć folią aluminiową, ale ja tego nie robię, bo lubię, gdy klops się lekko przypiecze).


Wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni (u mnie termoobieg) i piec około 60 minut.  
Podawać z sosem i ulubionymi dodatkami. Świetny też na zimno.


wtorek, 22 maja 2012

Próbuję, smakuję, testuję: produkty firmy Granex

Już jakiś czas temu, w ramach współpracy z portalem Uroda i Zdrowie, dostałam cztery produkty firmy Granex do przetestowania. No i przetestowałam. Ale też naczytałam się opinii, które w większości były bardzo pozytywne. Nakręciłam się na fajne produkty, ale chyba jestem jakaś dziwna, bo niestety nie do końca podzielam ten zachwyt. Oczywiście jest to tylko moja subiektywna opinia i nikt nie musi się ze mną zgadzać.  


Na pierwszy ogień poszły KwadracikiGranex, czyli ryżowo – pszenne kwadraciki z nadzieniem o smaku czekoladowym. Stanowiły one słodką przekąskę, choć to co było w środku trudno nazwać nadzieniem, chyba, że szukać z lupą. No, ale Zielonooki stwierdził, że jak na zdrową żywność to mogą być. I ja potwierdzam – smaczne ale szału nie ma. Niby mogą być alternatywa dla niezdrowych ciasteczek. No cóż, w tych okolicznościach wolę jabłko, które też w błonnik jest bogate, a i witamin ma więcej, za to tłuszczy wcale.


Drugim produktem jest chlebek chrupki 7 zbóż. Pieczywo 7 Zbóż wypiekane jest z pełnych ziaren 7 zbóż – żyta, pszenicy, jęczmienia, amarantusa, owsa, ryżu i kukurydzy, bez udziału sztucznych środków spulchniających i ulepszaczy. Jest wyjątkowo niskokaloryczne, nie zawiera też dodatku mleka w proszku, cukru oraz tłuszczów I ono w zasadzie spełniło moje oczekiwania. Jako, że jadam różne chrupkie pieczywo (lubię bardzo) to mogę powiedzieć tyle, że chlebek Granex nie wyróżnia się niczym szczególnym jeśli chodzi o smak, jest bardzo podobny do innych. Skład trudno mi porównać, bo akurat nie mam w domu innego.  




Dwa pozostałe produkty to pałeczki wielozbożowe z dodatkiem błonnika i poduszeczki owsiane. Oba produkty cechuje bardzo dobry skład, duża zawartość błonnika pokarmowego, który pozytywnie oddziaływuje na organizm człowieka i jest zbawienny dla prawidłowej pracy jelit.
Oba produkty są idealne dla osób odchudzających się, bowiem błonnik wchłania wodę, dzięki czemu pęcznieje w żołądku, zmniejszając uczucie głodu.
Produkty są bez cukru i bez tłuszczu, ale to pewnie wyjaśnia fakt, że są w zasadzie bez konkretnego smaku. Niemniej jednak stanowią niezłą alternatywę dla słodkich płatków śniadaniowych.
Ja lubię z ciepłym mlekiem ale niestety i poduszeczki i pałeczki bardzo szybko miękną w ciepłym mleku, co już nie bardzo mi odpowiada. Jest jednak i na to sposób – dosypuję po trochu do gorącego mleka i szybko wyjadam, żeby nie rozmiękły – takie rozciapane nie przejdą mi przez gardło.



Reasumując – produkty dobre, choć nie zachwyciły mnie na tyle, abym sięgała po nie regularnie.

poniedziałek, 21 maja 2012

Rozwiązanie konkursu „Ciasto od Margarytki”

Kochani, przede wszystkim bardzo dziękuję za tak liczny udział w konkursie, naprawdę jestem pod wrażeniem Waszego zaangażowania. Tak dużej ilości zdjęć się nie spodziewałam, więc tym bardziej się cieszę :-) Konkurs nie należał do łatwych, a mimo to wzięliście w nim udział i to dla mnie jest wielka nagroda.  
Wybór łatwy nie był, ile się nagłowiliśmy wiemy tylko my. W związku, że pięknych ciast pojawiło się tak wiele postanowiliśmy, że oprócz nagrody głównej w postaci tortownicy przyznamy jeszcze jedno wyróżnienie – będzie to książka pt. „Przysmaki światowej sławy”. Nasza ocena jest subiektywna, ale nie ma nic wspólnego z kumoterstwem czy znajomościami, bo ani jednej ani drugiej osoby nie znamy.
Nagroda główna (przyznałam ją ja, ale po konsultacji z Zielonookim) - tortownica z powłoką ceramiczną firmy Kaiser o średnicy 26 cm wędruje do autorki zdjęcia, które przedstawia jabłecznik z bitą śmietaną – czyli do Beaty Wasilewskiej.


Natomiast Zielonooki do spółki z Zuzą wybrał Cappuccino, którego autorką jest Kinga. I Kinga dostanie wspomnianą wyżej książkę :-)

Obie nagrodzone dziewczyny proszę o przesłanie adresu na maila: margarytka75@vp.pl (przypominam, że adres do wysyłki musi być na terenie RP), abym mogła wysłać nagrody :-)

I obiecuję, że kolejny konkurs będzie równie kreatywny, bo że będzie to już wiem :-)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...